Życie codzienne w początkach wojny

Życie codzienne w początkach wojny

Wojenne filmy i wojenna literatura nakreśliły w zbiorowej wyobraźni Polaków obraz wybuchu wojny do tego stopnia, iż chyba wszystkim nam wydaje się, że wiemy, jak wyglądał dzień pierwszego września 1939 roku. Płonące miasta i wsie, tłumy ludzi z tobołkami, groźny warkot samolotów…

Czy wszędzie tak samo wyglądał początek najkrwawszego konfliktu światowego w historii? Czy może obraz ten bywa gdzieniegdzie przesadzony?

Źródło: www.polskieradio.pl

Pamiętać trzeba, że Hitler wydał Polakom tak zwaną „wojnę totalną” – wojnę wymierzoną nie tylko w wojskowych, ale i w ludność cywilną. Wcześniej otwarcie rozkazał swej armii: „bądźcie bez litości, bądźcie brutalni, nasza przewaga daje nam wszystkie prawa”. Nikt nie oszczędzał więc „zwykłych mieszkańców”, którzy szybko i boleśnie odczuli nazistowską napaść.

Kilka godzin po niemieckiej agresji ogłoszono w Polsce stan wojenny, co oznaczało podporządkowanie się władz cywilnych władzom wojskowym. Jednak już niedługo, wraz z błyskawicznymi postępami Niemiec na froncie, służby państwowe (policja, straż pożarna) i administracja rozpoczęły ewakuację. Osłabiało to poczucie bezpieczeństwa wśród ludności, która na skutek chaosu oraz w obliczu zbliżającego się bezpośredniego zagrożenia, podążała za władzami.

Sytuacja ta dotyczyła początkowo tylko zachodnich terenów II Rzeczpospolitej. Wierzono, że wróg zatrzymany zostanie na Zachód od Wisły. Dlatego na początku września życie w Polsce centralnej i wschodniej (tam oczywiście, gdzie nie dotarło siejące zniszczenie niemieckie lotnictwo) toczyło się w miarę normalnie. Odwołano wprawdzie zajęcia w szkołach, wstrzymano ruch kolejowy, ale kina czy teatry w niektórych miastach funkcjonowały normalnie, ukazywała się prasa codzienna. Przede wszystkim w sklepach spożywczych na półkach znajdował się jeszcze towar, do którego ustawiały się jednak coraz większe kolejki.

Względna normalność trwała jednak krótko. Najpierw pojawili się uciekinierzy z Zachodu, budzący grozę swymi nieprzesadzonymi opowieściami o niemieckich okrucieństwach. Nastrój ludności pogorszył się przede wszystkim wtedy, kiedy pojawiały się tu i ówdzie rozbite oddziały Wojska Polskiego, a łączność telegraficzna i telefoniczna została przerwana. Nie wiadomo było, co dzieje się z krewnymi z innych miast i wsi. Nie wiadomo było, co dzieje się na froncie.

A działo się wiele. Tam, gdzie wkroczył Wehrmacht, Polakom groziła śmierć za nieposłuszeństwo wobec nowych władz. Nie mogli spać spokojnie działacze polityczni, ani polska inteligencja. O ile większość ludności cywilnej starano się zastraszyć, o tyle „niebezpieczniejszych” przeciwników po prostu eliminowano. Na Górnym Śląsku w pierwszych dniach września zamordowano 1600 Polaków. Rozstrzeliwano za posiadanie broni, za opór. Stosowano tez charakterystyczną dla władz nazistowskich odpowiedzialność zbiorową, co znacznie zwiększało liczbę ofiar.

Najtragiczniejsze żniwo zbierało jednak niemieckie lotnictwo, Luftwaffe. Tu w ogóle nie było już mowy o nieprzypadkowych, „przemyślanych” ofiarach. Bombardowano całe miasta i okolice. Julien Bryan, amerykański filmowiec, wspominał, jak obserwował kopiące w polu kobiety. Kiedy samoloty przelatywały nad ich głowami – padły na ziemię. Nic jednak to nie pomogło. Lotnicy, widząc cel, zwrócili i z karabinów maszynowych ostrzelali niczemu niewinne, pracujące Polki.

Jeszcze dobitniej brzmią wspomnienia generała Władysława Andersa o nalocie na Mławę z 4 września 1939: „Widzę, jak lotnik niemiecki kołuje nad gromadką koło setki małych dzieci, wyprowadzonych przez nauczycielkę z miasteczka do pobliskiego lasu. Zniża się na 5 m, zrzuca bomby i strzela z karabinu maszynowego. Dzieci rozpryskują się jak wróble”.

Równie bezwzględnych, okrutnych opisów jest w ludzkich wspomnieniach wiele. Dlatego też, mimo iż wojna nie we wszystkich częściach Polski wyglądała tak samo, to już we wrześniu śmierć i cierpienie stały się dla cywilów codziennością.

Obrazy oglądane na wojennych filmach, archiwalne zdjęcia przedstawiające ludzi o przerażonych twarzach oraz literackie wspomnienia nieustannego strachu i chaosu nie są żadną przesadą. Zwłaszcza dotyczy to pierwszych dni wrześniowych. Bowiem od kapitulacji do powstania warszawskiego, dla części ludności cywilnej (nie licząc oczywiście ludności związanych z konspiracją oraz ludności żydowskiego pochodzenia) zapanowała sytuacja, która może nie była już nieustanną masakrą, może nie wymagała już nieustannej ucieczki przed śmiercionośnymi samolotami, ale wciąż wymagała wiele siły i uporu, aby z niedą i strachem móc walczyć o własny byt.

Ewa Frączek