Zamach na polskiego prezydenta wynikiem „języka nienawiści”?

Zamach na polskiego prezydenta wynikiem „języka nienawiści”?

W historii, zarówno dawnej, jak i najnowszej, wielokrotnie powtarzano opinię o kłótliwości Polaków, ich skłonności do swar i konfliktów. Z drugiej strony dzieje Rzeczpospolitej Obojga Narodów ukazały nam, jak szerokie możliwości porozumienia się w wielorakiej rzeczywistości kulturowej potrafi nasz naród osiągnąć. 

Wydaje się jednak, że nieparlamentarny język, lekkość w rzucaniu oszczerstwami oraz nieustanne obwinianie się nawzajem o różne rzeczy ma w Polsce, niestety, wieloletnią tradycję. W okresie dwudziestolecia międzywojennego, dokładniej w grudniu 1922 roku, konsekwencją politycznych niesnasek stało się zabójstwo pierwszej głowy państwa w historii Polski – prezydenta Gabriela Narutowicza.

Źródło: Wikipedia

Narutowicz był wykształconym w Zurychu inżynierem. Na tamtejszej politechnice zyskał tytuł profesury, uznanie, dobre warunki pracy. Wrócił do Polski po to jednak, by w służbie świeżo niepodległego kraju zająć się polityką.

Jako minister robót publicznych, w latach 1920-1922, podejmował prace regulujące bieg Wisły, nadzorował budowę hydroelektrowni na rzece Soła oraz, ogólnie, wykorzystywał swe zdobyte za granicą wykształcenie w procesie odbudowy państwa.

Zainteresowania Narutowicza nie kończyły się jednak na kwestiach czysto technicznych. Dlatego też, na co dzień obcując ze światem polityki, zaczął wypowiadać się także w kwestiach międzynarodowych. W 1922 uzyskał tekę ministra spraw zagranicznych, odnosząc pewne sukcesy także i na tym polu: przyczynił się między innymi do wzmocnienia sojuszu z Rumunią. Sojusz ten okazał się bardzo istotny później, w latach trzydziestych.

Dokonania Gabriela Narutowicza nie wydają się zatem czynami, które wzbudzałyby wrogość czy sprzeciw u obywateli państwa polskiego. Co takiego wydarzyło się więc w grudniu 1922, co sprawiło, że swoje zaangażowanie polityczne pierwszy prezydent przypłacił życiem?

Kandydatem do objęcia najwyższego urzędu w państwie Narutowicz został przypadkowo. Propozycje złożyli mu działacze stronnictwa PSL „Wyzwolenie”. Kiedy przeszedł do drugiej tury, jego konkurentem był Maurycy Zamoyski, kandydat prawicy.

Trudno mówić tu o wyraźnym podziale na „prawicowego Zamoyskiego” i „lewicowego Narutowicza”. Narutowicz był raczej politykiem centrowym, zaprzyjaźnionym z marszałkiem Józefem Piłsudskim. O jego zwycięstwie zdecydowały jednak głosy lewicy oraz głosy mniejszości narodowych, czyli tej części społeczeństwa, która nie mogła zgodzić się na nasilające się tendencje prawicowe oraz na zwycięstwo człowieka z tendencjami tymi związanego. Także partia PSL „Piast”, konkurent partii PSL „Wyzwolenie”, zagłosowała ostatecznie na Narutowicza, gdyż – popierając reformę rolną – nie mogła jednocześnie wesprzeć Zamoyskiego, jednego z największych posiadaczy ziemskich ówczesnej Rzeczpospolitej.

Urząd prezydenta Narutowicz pełnił przez pięć dni. Zanim został zamordowany, nie popełnił żadnego nietaktu, wręcz przeciwnie: nie chcąc uchodzić za „głównego człowieka lewicy” (którym de facto nie był), zorganizował spotkanie z chadecją, a tekę ministra spraw zagranicznych przekazał swojego konkurentowi, Maurycemu Zamoyskiemu.

Parlamentarne, dyplomatyczne gesty nie uwolniły go jednak od fanatyzmu przeciwników i 16 grudnia, w galerii „Zachęta”, zastrzeliła go osoba związana ze skrajną prawicą endecką – nacjonalista Eligiusz Niewiadomski.

Wygląda na to, że sam Narutowicz nie był winny zupełnie niczemu. Na jego osobie skoncentrowała się obecna wówczas w Polsce fala nienawiści, jaka przetaczała się między lewicą, prawicą, partiami chłopskimi oraz mniejszościami narodowymi II Rzeczpospolitej. Dotyczyło to nie tylko samego zamachu, ale i tym, co działo się przed zabójstwem, różnego rodzaju demonstracji czy obraźliwych słów na jego temat.

„Przegląd Wileński” na przykład tłumaczył śmierć prezydenta następująco: „Swego szczytu złość i nienawiść endecka dosięgły w obrzuceniu śniegiem twarzy pierwszego prezydenta Polski (…) endecja własnymi rękami przygotowała w społeczeństwie polskim to podłoże psychologiczne, na którym łatwo wyrastają takie czyny, jak zamach Niewiadomskiego”.

W słowach powyższych nie ma dużej przesady. Tuż po ogłoszeniu Narutowicza prezydentem skrajnie katolicka i skrajnie prawicowa grupa zebrała się, aby oprotestować demokratyczny wybór głowy państwa. Zarzucano mu, że „do niedawna był obywatelem szwajcarskim”, a poseł Antoni Sadzewicz uznał nawet, że Narutowicz „narzucony przez Żydów”, a jego wybór to „zdrada narodu polskiego”. W podobnym tonie wypowiadali się posłowie katoliccy, w tym ksiądz Kazimierz Lutosławski. Jako kartę ostateczna starano się wytoczyć informację o „bezwyznaniowości” nowego prezydenta.

W dniu zaprzysiężenia na ulicach pojawiły się prawicowe bojówki. W odwecie gromadzić zaczęły się siły PPS-owskie, skrajnie lewicowe. W tym dniu właśnie zginęła jedna osoba, a 28 zostało rannych. W powóz, w którym Narutowicz jechał – demonstracyjnie na stojąco – rzucano bryłami śniegu i kamieniami.

Sam prezydent skomentował później rozruchy następująco: „krzykami kilkudziesięciu, a nawet kilkuset smarkaczy nikt kierować się nie może. Sytuacja jest dla mnie bardzo przykra, gdyż nie chodzi mi o moją osobę, nie mogę jednak dopuścić do poniżenia godności Rzeczypospolitej”.

Mimo otwartego szacunku, z jakim zaprzysiężenia udzielił Narutowiczowi Józef Piłsudski, nastąpił zamach – oddane w Zachęcie trzy strzały i szybka śmierć prezydenta.

Reakcja na zabójstwo była bardzo łagodna. Nie dla zamachowca, który został rozstrzelany, lecz na skutek zaniechanej akcji odwetowej. Grupa piłsudczyków zdecydowała się bowiem na zamordowanie kilku czołowych działaczy prawicy, z którą Niewiadomski był powiązany. Zemsta powstrzymana została przez Piłsudskiego, który stwierdzić miał, iż „Polski nie stać (…) na jakiekolwiek zaostrzanie walk wewnętrznych”.

Nowo powołany wówczas premier, Władysław Sikorski, ostrzegł naród, że bezwzględnie zaprowadzi porządek i ukarze zabójcę. Jednocześnie niektórzy prawicowcy odcinali się od zamachu, publikując wypowiedzi, aby zachować spokój nad trumną i uważać z oskarżeniami. Jednak prasa lewicowa oskarżała skrajną prawicę o wprowadzenie nienawiści do polskiej polityki, zaś skrajnie prawicowe gazety endeckie głosiły niekiedy… pochwałę zamachu, który uratował Polskę przez „zalewem bolszewizmu”.

To, co nazywamy dzisiaj „językiem nienawiści” obecne jest więc w polskiej polityce od dawna. Można powiedzieć nawet, że dzisiejszy brak parlamentaryzmu jest bardzo lekki w porównaniu z tym, co oferowało swoim obywatelom dwudziestolecie międzywojenne. Dlatego też można mieć nadzieję, że tak tragicznie kończące się swary, jakim była śmierć Gabriela Narutowicza, odeszły już na zawsze do historii.

Ewa Frączek