Słynne ucieczki PRL-u

W 2011 roku ukazała się książka Edwarda Mickolusa i Susan Simmons „The Terrorist List” prezentująca nazwiska terrorystów z całego świata. Na liście znalazł się również Jerzy Dygas. Polak, który w sierpniu 1981 roku uprowadził samolot linii lotniczych LOT po to, by ze swojej socjalistycznej ojczyzny uciec na Zachód. Podobnych historii oraz związanych z nimi dramatycznych metod, jakimi posługiwali się liczni peerelowscy uciekinierzy, było o wiele więcej.

Jerzy Dygas miał 25 lat. W sierpniu 1981 znalazł się na pokładzie samolotu pasażerskiego lecącego z Wrocławia do Warszawy. Aby przejąć kontrolę nad maszyną, sterroryzował załogę atrapą granatu, zmuszając tym samym pracowników linii lotniczych do wylądowania w Berlinie Zachodnim. Tam jednak zgarnęła go policja. Dygas tłumaczył, że była to jego druga próba ucieczki, że związany jest z „Solidarnością” oraz że w kraju grożą mu prześladowania. Tłumaczenia uciekiniera na nic się jednak nie zdały – widocznie metoda, jaką się posłużył zjednała mu więcej wrogów niż przyjaciół. Władze „Solidarności” nie przyznały się do zresztą do tego, jakoby młody terrorysta faktycznie został przez nich wysłany. Dygas, deportowany do Berlina Zachodniego, skazany został w efekcie na pięć i pół roku więzienia.

Ucieczki przypominające sceny z filmów przygodowych czasami jednak się udawały. Porucznik Franciszek Jarecki, który porwał samolot w roku 1953 otrzymał za swój czyn jedynie nagrodę.

Do ucieczki Jareckiego, pilota, doszło w dniu śmierci Stalina. Porucznik, gdy brał udział w wojskowych ćwiczeniach, przygotował sobie dodatkowe zapasy paliwa. W trackie lotu postawił wszystko na jedną kartę – omijając systemy radarowe doleciał (w kilkanaście zaledwie minut!) na wyspę Bornholm. Stamtąd udał się dalej na Zachód. Od generała Andersa Jarecki otrzymał Krzyż Zasługi, od władz amerykańskich – 50 tysięcy dolarów i obywatelstwo. Kombinezon, który miał na sobie, przekazano do National Air and Space Museum w Waszyngtonie, gdzie znajduje się do dziś.

Franciszek Jarecki był z jednej strony w łatwiejszej, z drugiej zaś strony w trudniejszej sytuacji niż uciekający w latach 80. Jerzy Dygas. Łatwiejszą, gdyż z uwagi na zaostrzoną sytuację międzynarodową mógł liczyć na azyl i na zabezpieczenie swojego pobytu na Zachodzie, co nie udało się, prawie 30 lat później, dwudziestopięciolatkowi. Jednak konsekwencje czynu Jareckiego, w razie niepowodzenia, byłyby o wiele poważniejsze. wiadomo to chociażby na przykładzie Edwarda Pytki, pilota, który próbował uciekać w sierpniu 1952 roku, został złapany, a następnie skazany na śmierć i stracony niedługo później w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Inną sławną ucieczką dokonaną w czasach stalinowskich była ucieczka załogi „Żurawia”. „Żuraw” był okrętem Marynarki Wojennej, jego zadaniem było niszczenie pozostałych w Bałtyku powojennych min. Statkiem dowodził ppor. Arkadiusz Ignatowicz, obecny na pokładzie był również oficer polityczny, por. Zygmunt Bogumił. Podczas drogi z Kołobrzegu do Gdyni, 1 sierpnia 1951 roku, sześciu załogantów pod przywództwem starszego sternika Henryka Barańczaka sterroryzowało pokład. Grożąc bronią, uwięziło oficerów, a następnie skierowało kurs statku na północ, do Szwecji.

Ucieczka ta nazywana jest jedną z najbardziej zuchwałych peerelowskich ucieczek – nigdy wcześniej, ani też nigdy później nie próbowano porwać wojskowego okrętu. Brawura polegała głównie na tym, że w każdej chwili ktoś z załogi – ostatecznie wojskowej – mógł pomóc uwięzionym oficerom i zniweczyć plan buntowników. Ze wspomnień świadków wynika, że niejeden załogant próbował namówić Barańczaka do zmiany planów. Starszy sternik miał jednak silną motywację do tego, by podjąć wszelkie wysiłki i próbować uciec: chociażby dlatego, że na jednym z okrętowych zebrań głośno zapytał swojego dowódcę, czy wie, dokąd wywieziono żołnierzy z armii Andersa. Od tamtej pory – z czego zdawał sobie sprawę – obserwowany był przez swoich przełożonych wyjątkowo pilnie.

Wyjątkową desperacją wykazali się w roku 1948 dwaj studenci z Gdańska, Stanisław Rankin i Jerzy Martula. Z Jastarni wyruszyli oni żaglówką, a dokładniej kajakiem żaglowym P35. Z perspektywy czasu wiadomo, że wielu odważnych, wybierających drogę morską, ginęło. Bałtyk uznawany jest bowiem za jedno z bardziej niebezpiecznych mórz na świecie. wspomnianym studentom jednak udało się. Przeżyli sztorm, w końcu – częściowo za pomocą niemieckiego kutra „Karin” – dotarli do Szwecji.

Po latach drogę śmiałków odtworzyć chciał polski żeglarz Arkadiusz Pawełek. Nikt, nawet z doświadczonych żeglarzy, bardzo długo nie chciał brać udziału w nietypowym przedsięwzięciu odegrania ról Rankina i Martuli. Uznano, że pomysł przepłynięcia na wywrotnej małej łódeczce tak niebezpiecznego akwenu wynikać musi jedynie albo z braku wyobraźni, albo z prawdziwej, nieudawanej i silnej potrzeby ducha. Dziś można tak to interpretować. Jednak w czasach „żelaznej kurtyny” bezpieczeństwo nie było aż tak istotne, jak pragnienie znalezienia się na wolności. Stąd tak liczne  brawurowe ucieczki dokonywane najróżniejszymi środkami lokomocji, a częściowo nawet pieszo – pod fałszywymi papierami i z poczuciem nieustającego strachu.

Ewa Frączek