Skąd wzięto materiał na odbudowę Warszawy?

Warszawa w roku 1945 była w stanie agonalnym. Wojna z wieloma miastami obeszła się okrutnie, ale takiego ogromu zniszczeń, jak w stolicy, nie było nigdzie. Całe ulice, osiedla, zespoły kamienic zniknęły z powierzchni ziemi. Z uwagi na niezdolność miasta do funkcjonowania, zastanawiano się nawet nad czasowym lub ostatecznym przeniesieniem stolicy do Krakowa, Łodzi lub Poznania. Ale wtedy… stał się cud. Stolicę odbudowano. Pytanie, skąd na ten cud, w zniszczonym, biednym i wciąż cierpiącym kraju, wzięto budowlane materiały…? 

Warszawa 1945 r., źródło: Gazeta Wyborcza

Odbudowa Warszawy to z jednej strony piękna karta w polskiej historii. Miasto „dźwignięto” na nogi siłami społecznymi i politycznymi. Pominąwszy nowy, często socrealistyczny styl zabudowań, sprzeczny z duchem Warszawy przedwojennej – na co narzeka do dziś wielu mieszkańców – najważniejsze jest to, że została odbudowana. Co więcej, odbudowana jako ogromna, licząca się metropolia. Mało kto zdaje sobie sprawę, że, jednocześnie, zachodnie miasta Polski, a więc tzw. ziemie odzyskane, po roku 1945 były stopniowo… rozbierane. Niestety, dzięki temu relatywnie szybko można było zrekonstruować stołeczną Starówkę.

Było to tak… Polacy po wojnie przesiedlani byli ze wschodnich części dawnej II Rzeczpospolitej – na Zachód. Na Pomorze Zachodnie, czy Dolny Śląsk. Powstawały tam wprawdzie zakłady budowlane, jednak szybko, zamiast budować, zakłady zaczęły prowadzić prace rozbiórkowe.

Odbiło się to w największym stopniu na Wrocławiu.  Robotników do ekipy burzeniowej i „wydobywania” cegieł zwożono z całego kraju. W końcu zwieziono stamtąd do stolicy około 200 wagonów gotyckiej cegły.

W 1951 r. wyciągnięto 65 mln cegieł! Rok później – już 15 mln mniej, w centrum Wrocławia bowiem…  brakowało już kamienic. Demontowano też zabytki, mury obronne, basztę na wschodniej stronie placu Nowy Targ, budynek poczty głównej.

Coraz większe połacie miasta pokrywały się gruzami, których nikt nie uprzątał, prace rozbiórkowe były na dodatek amatorskie. W lipcu 1949 r. zawaliła się renesansowa brama Piotra Włosta, łącząca pl. Solny i pl. Bohaterów Getta. Jednocześnie na samych wrocławskich budowach były ciągłe przestoje z powodu… braku cegły!

„Wrocław robi koszmarne wrażenie” zanotowała w swoich „Dziennikach” w lutym 1950 r. Maria Dąbrowska. „Na ulicach ruch mały i niemrawy. Ludzie biedniej ubrani jak dwa lata temu,  smutni, milczący, sposępniali (…) jak stolica zamieniona w marną wioskę”.

Oczywiście Wrocław nie jest jedynym przykładem oszpeconego przez polskich burzycieli miasta. Wspaniałe budowle i bogate wioski mijane przez przesiedleńców szybko przestały być wspaniałe. Całe ich fragmenty miały stać się budulcem dla stolicy. Odbudowa Warszawy w dobrej formie wymagała dobrego materiału: gotyckiej cegły, odpowiedniej dachówki, płyt posadzkowych, progów z piaskowca. Wschodnia część kraju nie miała możliwości dostarczenia tego typu „rarytasów”. Dlatego to w Świdnicy rozebrano 300 domów, w Nowogrodźcu – 250, w Legnicy – 50, w Brzegu – 88. Poza Dolnym Śląskiem ucierpiało też Pomorze Zachodnie. W Szczecinie rozebrano budynek Szczecińskiego teatru (z unikalną w Europie obrotową sceną), budynek opery, a także ponad trzystulenią Bramę Portową!

Poza materiałem budowlanym wywożono często zabytki. Pretensje do działań władz komunistycznych mają głównie dzisiejsi mieszkańcy Szczecina. Domagają się głównie „swojego Mojżesza” – rzeźby autorstwa Bernarda Bleekera z 1909 r., która obecnie stoi na warszawskiej ASP.  Po zakończeniu wojny, na wniosek Komitetu Pomocy Warszawie i za zgodą Krajowej Rady Narodowej w Szczecinie „Mojżesz”, jako mienie poniemieckie, zostały wywieziony do stolicy. Społeczni działacze szczecińscy do dziś walczą o odzyskanie monumentu.

Najważniejsze pozostaje pytanie – dlaczego Polacy niszczyli swoje własne miasta, aby odbudować stolicę? Większości obywateli zależało na Warszawie, jednak przecież nie takim kosztem. Okazuje się, że winne całej historii są nie tylko władze komunistyczne. Prawda jest również taka, że przesiedleńcy, którzy rozpoczynali nowe życie w poniemieckich miastach, długo nie wierzyli w stałość obecnego stanu rzeczy. Myślano często, że nastąpi nowy konflikt (i nastąpił, znany jako „zimna wojna”, który to konflikt nie doprowadził jednak do otwartych walk, ani do zmian granic w Europie).

Dlatego też, na wszelki wypadek, nie protestowano przeciw wywożeniu dóbr „niemieckich” do „właściwej Polski”. „Dewastowano zabytkowe budowle często z poczuciem odwetu za polskie miasta, za spopieloną Warszawę, za Zamek Królewski czy wreszcie za piece krematoryjne i masowy mord dokonany na narodzie polskim. Zabytki podworskie były w dodatku świadectwem ucisku klasowego, a ten należało także unicestwić w ramach poczynań rewolucyjnych” – twierdzi Jan Muszyński w książce „Wokół dziedzictwa kulturowego na Ziemiach Zachodnich i Północnych”.

Dziś, oczywiście, nie ma sensu liczyć cegieł, ani szukać winnych, których na ogół dawno nie ma już wśród nas. Dolnośląskie starówki na szczęście odżywają na nowo. Wrocław, Kłodzko, czy Jelenia Góra nie mają się czego wstydzić. Jeśli chodzi o Warszawę, to najwięcej przykrości sprawili jej architekci powojenni, którzy mimo sprowadzonego budulca i dużych możliwości, bardzo luźno podchodzili do estetycznej tradycji miasta. Nawiasem mówiąc, powojenna Polska, szczególnie Warszawa, odbudowane zostały także kosztem środowiska naturalnego. Część mieszkań zbudowana jest przy użyciu starodrzew, z którego po wojnie także rekonstruowano Starówkę.  Pod piłę szły nawet 200-letnie sosny…

Ewa Frączek