Romans, który niszczył życie

Jeżeli ktoś uważa, że dzisiejsze plotkarskie media są wymysłem naszych czasów, albo że publiczna informacja o romansie może komuś zniszczyć życie – jest z błędzie. Mimo częstych przypadków nachalności i nieposzanowania cudzej prywatności, dziś przynajmniej można się procesować, ewentualnie udzielać wywiadów, walczyć o swoje dobre imię, a nawet napisać bestsellerową autobiografię. Maria Skłodowska-Curie nie miała tej możliwości. Przed prasą musiała nawet uciekać z miasta, a osobiste odebranie przez nią drugiej Nagrody Nobla stanęło pod znakiem zapytania.

Paul Langevin był naukowcem. Zajmował się głównie zjawiskiem magnetyzmu oraz ultradźwiękami (w czasie I wojny zbudował generator ultradźwiękowy do namierzania łodzi podwodnych). Doktorat Langevin robił u Piotra Curie, męża Marii. Naukowcy współpracowali, zaś między Polką a przyjacielem domu nie było wówczas żadnych dwuznacznych sytuacji. Dopiero dobrych kilka lat po śmierci Piotra wywiązało się uczucie.

Naukowców łączyła nie tylko fizyka. Oboje byli społecznie zaangażowani. Langevin w działalność antynazistowską i propagowanie racjonalistycznego myślenia (założył istniejącą do dziś Unię Racjonalistyczną, prezesem której jest… wnuczka Skłodowskiej, Hélène Langevin-Joliot), Skłodowska – w działalność charytatywną, w walkę o równouprawnienie kobiet. Oboje byli również samotni. Maria straciła męża nagle, w wypadku. Paul skłócony był z żoną, Jeanne, która – jak się zdaje – nie doceniała nauki i nie podzielała zainteresowań życiowego partnera.

Ujawnienie romansu przypominało wątek rodem wzięty z brazylijskiej telenoweli. Jeanne przejęła list Marii do Paula. Skrzywdzona i rozgoryczona, zaszantażowała parę, tym, że korespondencja ich zostanie podana do publicznej wiadomości, jeśli tylko kochankowie nie przestaną się spotykać. Mimo iż rzecz działa się względnie niedawno, w XX wieku, cena za ujawnienie listu byłaby zbyt wysoka. Skłodowska wiedziała, że kosztować mogłoby ją to nawet posadę na Sorbonie. Mówiąc dzisiejszym językiem, doszło wówczas do porozumienia stron.

Sytuacja skomplikowała się we wrześniu 1910 roku, podczas Międzynarodowego Kongresu Radiologii i Elektryczności w Brukseli. W Kongresie tym brało udział wielu naukowców, dosyć oczywiste było to, że zaproszenie otrzymał zarówno Langevin, jak i Maria Curie. Żona Langevina odebrała jednak wspólną obecność dwojga na jednym kongresie w kobiecy typowo sposób. Treść znalezionego wcześniej prywatnego listu ujrzała światło dzienne.

„Ognie radu, który promieniuje tajemniczo na wszystko, co go otacza, zrobiły nam niespodziankę. Wznieciły pożar w sercach uczonych, którzy z uporem studiują jego działanie; tymczasem żona i dzieci uczonego toną we łzach…” – informował opinię publiczną „Le Journal” (jeden z większych paryskich dzienników), w dniu 4 listopada 1911. Co ciekawe, choć we Francji nie pamięta się na ogół o tym, że Maria była Polką, to wtedy, gdy romans z Langevinem wyszedł na jaw, nagle fakt ten dostrzeżono. Liberalni niby Francuzi zaczęli widzieć w niej cudzoziemkę, która zniszczyła francuską rodzinę. Ten i owy doszukiwał się w jej rodowodzie nawet korzeni żydowskich. Oburzony francuski światek gospodyń domowych mocno dał się Polce we znaki. Z domu w Sceaux – „oblężonego” przez czytelników brukowców – musiała nawet, wraz z córeczkami, chwilowo uciekać.

Z dzisiejszej perspektywy najbardziej absurdalne wydaje się to, że romans o mało co nie wywarł zgubnego wpływu na kwestię otrzymania przez Skłodowską drugiej Nagrody Nobla, w dziedzinie chemii. Jeden ze szwedzkich akademików wysłał do niej list z radą, by lepiej nie przyjeżdżała do Sztokholmu odbierać nagrody osobiście. Z treści listu wynikała także sugestia, że gdyby „przecieki” z prasy francuskiej wcześniej dotarły do Akademii, fakt przyznania nagrody dla Marii Curie stałaby pod znakiem zapytania. Najlepiej zatem, sugerował nadawca listu, pisząc o „sprawie” z widoczną troską, aby najpierw rzecz się wyjaśniła, a dopiero potem, po cichu dobrze byłoby odebrać prestiżowe wyróżnienie.

Skłodowska, będąc nie tylko osobą walczącą o równouprawnienie kobiet, ale i racjonalistką, nie mogła pozwolić sobie na to, by ugiąć się przed terroryzującą ją opinią publiczną. 10 grudnia 1911 roku, wbrew namowom akademików, odebrała nagrodę osobiście, otrzymując od zgromadzonych ogromny aplauz. Dodatkowo, po uroczystości, zaproszona została na zorganizowany specjalnie dla niej bankiet. O wsparcie jej zadbały członkinie Szwedzkiego Zrzeszenia Wykształconych Kobiet.

Także świat naukowców przesyłał jej słowa otuchy. Sam Albert Einstein nazywał atakujących ją ludzi „motłochem”. Oraz pisał w liście z 23 listopada 1911, że „To wspaniale, że wśród nas znajdują się ludzie tacy jak Pani, jak Langevin, prawdziwe istoty ludzkie, w których towarzystwie można odczuwać radość. Jeśli motłoch nadal będzie Panią atakować, proszę po prostu przestać czytać te bzdury” .

Langevin i Skłodowska nie wrócili do siebie. Najbardziej zaskakującym aspektem całej historii jest zaś to, że wspomniana wnuczka Marii Curie wyszła za mąż za wnuka Paula Langevina. Oboje, jak przystało na historię rodziny uhonorowaną kilkoma Noblami, są fizykami. W przeciwieństwie do sławnych dziadków jednak, w żadnym razie nie muszą obawiać się tego, że ich małżeństwo zaszkodzi w karierze któremukolwiek z nich.

Ewa Frączek