Pierwszy polski męczennik za… niewiarę

Rzeczpospolita Obojga Narodów znana była ze swej tolerancji. W Europie mówiło się o niej – „kraj bez stosów”. I faktycznie, w czasach nowożytnych „innowiercy”, czy to protestanci, czy Żydzi nigdy nie musieli masowo opuszczać kraju. Nikt nie nikomu nie zabraniał wyznawać własnej wiary, a nasza historia tamtego okresu nie doczekała się przypadku zbiorowych mordów, czy krwawych wojen religijnych.

A jednak – efektowne zabójstwo „niewiernego” miało miejsce także i w pozornie, jak widać, tolerancyjnej Rzeczpospolitej.  30 marca 1689 Kazimierz Łyszczyński, skazany na śmierć za ateizm, został spalony. Dokładniej rzecz ujmując, spalono jego ciało. Wcześniej, na Rynku Starego Miasta w Warszawie, obcięto mu język, rękę i głowę…

Źródło: Wikipedia

Kim był Kazimierz Łyszczyński? I za co dokładnie poniósł tak okrutną śmierć?

Z wiadomości zachowanych na temat polskiego szlachcica, wynika kilka ciekawych faktów. Okazuje się, że nie był on fanatycznym przeciwnikiem ani wiary, ani związanych z wiarą wartości. Wręcz przeciwnie, był nie tylko przykładnym sługą królewskim, ale i filozofem oraz intelektualistą. Jak większość polskich szlachciców, brał udział w życiu politycznym Rzeczpospolitej, uczestnicząc sejmikach. Przez jakiś czas udzielał się nawet w zakonie jezuitów, z którego jednak wystąpił.

W 1986 odnaleziony i opublikowany został dokument podpisany przez Jana III Sobieskiego, w którym stwierdza się, że Łyszczyński „od młodych lat służył w wojsku koronnym w chorągwi Jana Sapiehy, a następnie w wojskach litewskich pod księciem podkanclerzym Wielkiego Księstwa Litewskiego (którym wówczas był Lew Kazimierz Sapieha), biorąc udział w wojnie z najazdem moskiewskim, szwedzkim i węgierskim”.

Łyszczyńskiemu zdarzały się pewne drobne konflikty z klerem, w czym zresztą nie był, jak na owe czasy, wyjątkiem. Raz wziął udział w rozprawie sądowej przeciwko jezuitom, którzy prawdopodobnie bezprawnie przywłaszczyli sobie ogrody w Brześciu po zmarłym mieszczaninie. Łyszczyński był wówczas podsędkiem województwa brzeskolitewskiego, jego obecność w tego typu rozprawie nie powinna więc dziwić.

Prawdziwe problemy szlachcica pojawiły się wówczas, gdy… pożyczył znajomemu dużą kwotę pieniędzy. Jan Kazimierz Brzoska, znajomy, był sąsiadem Łyszczyńskiego. Kiedy zbliżał się czas oddania przezeń długu, wmyślił dość bezwzględny i wyjątkowo nieetyczny sposób na to, by pieniędzy nie musieć oddawać. Znając – przypuszczalnie – poglądy sąsiada, Brzoska wykradł Łyszczyńskiemu rękopis książki, a następnie, cytując fragmenty, napisał na niego donos.

W rękopisie znajdowały się takie fragmenty, jak: „I – zaklinamy was, o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, (…) gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwych, atrybuty i określenia przeczące sobie”, lub też: „Wiara zwana boską jest wymysłem ludzkim. Doktryna, bądź to logiczna bądź filozoficzna, która się pyszni tym, że uczy prawdy o Bogu, jest fałszywa, a przeciwnie, ta, którą potępiono jako fałszywą, jest najprawdziwsza”.

Po rozpatrzeniu donosu Łyszczyński trafił do więzienia, a sprawa jego poglądów została przekazana sądowi kościelnemu.

Sprawa Łyszczyńskiego była, jak na owe czasy, bez precedensu. Są źródła, które wspominają o powszechnym oburzeniu, jakie wywołało uwięzienie Łyszczyńskiego. Czyn Brzoski wydawał się wielu szlachcicom czymś o wiele gorszym niż ateizm oskarżonego. W jednym ze źródeł można przeczytać: „podsędek brzeskolitewski, został uwięziony przez pana biskupa wileńskiego, ponieważ był przez pewną osobę nazwiskiem Brzoska oskarżony o ateizm i o to także, że napisał na 13 arkuszach dzieło, w którym można znaleźć wiele okropnych bluźnierstw przeciwko Bogu, a wśród nich także i te słowa: Bóg nie jest twórcą człowieka, lecz człowiek jest twórcą Boga, ponieważ tworzy sobie Boga z niczego. To uwięzienie wydało się województwu brzeskiemu czynem bezprawnym i sprzecznym z kardynalnym prawem”.

Wśród szlachty podniesiono więc larum nie tyle w obronie „niewiernego”, co w obronie ciemiężonej przez duchowieństwo złotej wolności.

Siła znajdowała się jednak po stronie władz kościelnych. Arcybiskup gnieźnieński Michał Stefan Radziejowski oświadczył, że Łyszczyński powinien ponieść śmierć przez spalenie na stosie w takim miejscu, by oglądać go mogło jak najwięcej osób. Ogólnie aprobowano pomysł skazania szlachcica na karę śmierci – problemem pozostawał sposób, w jaki ją zadać.

Jedna z relacji egzekucji, autorstwa biskupa kijowskiego o nazwisku Załuski brzmi: „Wreszcie wyprowadzono go na miejsce stracenia i okrutnie znęcano się najpierw nad jego językiem i ustami, którymi on okrutnie występował przeciw Bogu. Potem spalono jego rękę; która była narzędziem najpotworniejszego płodu, spalono także jego papiery pełne bluźnierstw i na koniec on sam, potwór swego stulecia, zabójca Boga i prawołamca został pochłonięty przez płomienie”.

Inne źródła, na przykład paryska (!) „Gazette”, wspomina jednak o tym, że głowę Łyszczyńskiego ścięto, a dopiero później spalono jego zwłoki.

Niezależnie od tego, jak wyglądała egzekucja Łyszczyńskiego, trudno nie pokusić się o porównanie go z takimi „męczennikami z poglądy” jak, na przykład, Giordano Bruno. Śmierć poniósł bowiem nie na skutek okrutnych czynów, ale z racji tego, że myślał inaczej, niż inni.

Ewa Frączek
w pierwotnej formie tekst ukazał się na stronie Odkrywcy.pl w dniu 2011-04-26