Ochotnik z Oświęcimia

W dzisiejszych czasach często prowadzone są spory, kto zasługuje, kto zaś nie zasługuje na miano bohatera. Niezależnie od prezentowanych poglądów, nikt jednak nie zaprzeczyłby chyba, że jedną z najbardziej heroicznych postaci w całej historii Polski nazwać można rotmistrza Pileckiego. Człowieka, który z własnej woli dostał się do Auschwitz, by po pierwsze, zorganizować w obozie ruch oporu, po drugie – zdobyć informacje o tym, co naprawdę dzieje się za drutami. Cena, jaką zapłacił za odwagę była jednak niewyobrażalna.

Współczesny człowiek mógłby nie zrozumieć, jak można w ogóle wpaść na pomysł, by przedostać się do obozu koncentracyjnego – miejsca, gdzie poza głodem i nieludzkimi warunkami do życia, człowieka czekało dodatkowo upodlenie, wszechobecny widok śmierci i wieczny strach. Witold Pilecki jednak, który w 1940 roku zaproponował swoim przełożonym z Tajnej Armii Polskiej (jednostki wcielonej później do ZWZ) plan „inwigilacji Auschwitz”, chciał przede wszystkim zdobyć informacje na temat tego, co dzieje się w miejscu, do którego wywożone są ofiary łapanek, ludzie żydowskiego pochodzenia lub ci, którzy szczególnie narazili się Gestapo. Warunki obozowe nie były wtedy powszechnie znane, zaś niepokojące informacje brzmiały dla wielu tak nieprawdopodobnie, że wymagały weryfikacji. Pilecki, poza chęcią zbadania sytuacji, planował także zorganizować w Auschwitz siatkę ruchu oporu.

Szalony pomysł został zrealizowany. Rotmistrz znalazł się umyślnie w samym centrum łapanki. Wcześniej przygotował sobie odpowiednio sfałszowane papiery (na nazwisko „Tomasz Serafiński”), które dawały pretekst do jego aresztowania. Gdy zgodnie z planem dostał się do Auschwitz, tam od razu, nie zważając na warunki, zabrał się do roboty. Zorganizowana siatka wywiadowcza pozwoliła mu na przekazywanie informacji o Oświęcimiu poprzez uciekających więźniów. Ucieczki, oczywiście, sam pomagał organizować. I choć siłą rzeczy nie zdarzały się one często, to jednak słynne „raporty Pileckiego” poszły w świat.

„Więc mam opisać możliwie suche fakty, jak tego chcą moi koledzy – pisał Pilecki w jednym z przekazów. – Mówiono: „Im bardziej pan się będzie trzymał samych faktów, podając je bez komentarzy, tym będzie to wartościowsze”. Spróbuję więc… lecz człowiek przecież nie był z drewna – już nie mówię z kamienia (chociaż wydawało się, że i kamień nieraz musiałby się spocić)”. Po tak przejmującym wstępie więzień-ochotnik pisał o tym, jak wyglądał transport, jak bito nudzi kolbami po głowach, plecach oraz – jak to poetycko dość ujmował – niszczono nie tylko ich ciała, ale i wszystkie przekonania i pojęcia, w które do tej pory każdy z prowadzonych z transportu do obozu wierzył. Rotmistrz opisywał także brutalne kpiny z nowo przyjezdnych, wiązanie nóg, szczucie psami, czy strzelanie w plecy właściwie dla zabawy. Sam zresztą już na samym początku stracił dwa zęby za to, że tabliczkę z nadanym mu numerem niósł, według SS-mana, nieprawidłowo.

Pilecki miał też opinie bardzo kontrowersyjne, głównie na temat bierności łapanych i transportowanych do obozu ludzi. „Było nas tysiąc osiemset kilkudziesięciu – pisał o łapance. – Mnie osobiście najbardziej denerwowała bierność masy Polaków. Wszyscy złapani nasiąkli już jakąś psychozą tłumu, która wtedy wyrażała się w tym, że cały ten tłum upodobnił się do stada baranów”. Jednocześnie jednak zdawał sobie sprawę, że nikt w „centrali”, czy to w Warszawie czy w innych polskich miastach, nie zdawał sobie sprawy, że obóz to nie tylko zwykłe więzienie. Że „Zabijano pierwszego lepszego, z brzegu”, o czym Pilecki poinformował świat.

Poza relacjonowaniem obozowego życia, Pilecki uczestniczył także w innych pracach konspiracyjnych. Przekazywał wiadomości przebywającym w Auschwitz i otrzymywał dla nich informacje z zewnątrz. Organizował komórkę, która w miarę możliwości walczyła o podtrzymanie współwięźniów na duchu – między innymi także poprzez potajemne zdobywanie pożywienia i rozdzielanie go, co niewątpliwie przyczyniało się do wzrostu obozowej solidarności.

W końcu, w kwietniu 1943, po kilku ucieczkach zorganizowanych dla innych, Pilecki sam wydostał się z Oświęcimia. Nie ryzykował jednak życiem po to jedynie, aby sam uciec z obozowego piekła. W jego głowie świtał już inny, odważny plan: atak podziemia polskiego na obóz w celu wyzwolenia więźniów. Tym razem jednak dowództwo nie wyraziło zgody, uznając pomysł rotmistrza za niemożliwy do realizacji.

Niedługo potem losy II wojny zaczęły przybierać inny kształt – w 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, w którym Pilecki oczywiście walczył. Po powstaniu dostał się najpierw do niewoli, potem do 2 Korpusu Polskiego we Włoszech, by następnie, na rozkaz Władysława Andersa, wrócić do kraju w celu robienia tego, co ja do tej pory wychodziło mu najlepiej: inwigilowania sytuacji i raportowania przełożonym o faktycznym stanie rzeczy. Tym razem jednak w Polsce znalazł się na własną zgubę.

8 maja 1947 roku Pilecki został aresztowany przez nowe, komunistyczne władze. Oskarżenie dotyczyło przede wszystkim działalności wywiadowczej na rzecz rządu RP na emigracji – którą to działalność rzeczywiście wykonywał. Informacje, których poszukiwał, dotyczyły jednak przede wszystkim losów więzionych, deportowanych i zaginionych żołnierzy AK. Poza tym zarzutem – do którego zresztą się przyznał, zdając sobie sprawę, iż czym innym w jego rozumieniu jest słowo „działalność wywiadowcza” czym innym w rozumieniu jego sędziów – oskarżano go także o rzeczy absurdalne. Jedną z nich był rzekomy plan zamachu na dygnitarzy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Za „przewinienia” Pilecki został skazany na śmierć. Wcześniej jednak rotmistrza torturowano. Podczas widzenia z żoną powiedzieć miał, że „Oświęcim to igraszka”.

Dopiero po 1989 roku Witold Pilecki został publicznie zrehabilitowany. Jego raporty opublikowano zaś dopiero w roku 2000. Okazało się również, że dokonania jednego z odważniejszych ludzi w historii Polski skrywane były przez cenzurę peerelowską tak usilnie, że do dziś nie każdy wie, kim był i jakie zasługi miał rotmistrz.

Ewa Frączek