Obżarty jak szlachcic

Kultura szlachecka kojarzy się na ogół ze skłonnością do pijaństwa i bijatyk. Mimo wielu pozytywnych cech, jakimi charakteryzowała się słynna „Sarmacja”, skojarzenie to nie jest niewłaściwe. Pamiętać należy jednak, że przede wszystkim, aby pić i bić szlachcic musiał mieć siłę. By mieć jej dostatecznie dużo – musiał zjeść. A jedzenie, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę, było dla obywateli I Rzeczypospolitej równie święte co religia…

Słynna polska gościnność wywodzi się z epoki baroki i nierozerwalnie związana jest z obżarstwem. Kiedy do szlachcica zajeżdżali goście – a zajeżdżali razem z rodziną, służbą, psami i końmi – należało wystawić ucztę, która ciągnęła się nieraz… tygodniami. Powiedzenie „czym chata bogata” traktowane było dosłownie, w związku z czym na stole pojawić musiały się najlepsze potrawy, najlepsze zasoby z winnic…

Źródło: makowskimarcin.pl

Co jadała szlachta? Pominąwszy to, że ilość spożywanego posiłku mogłaby zabić współczesnego biesiadnika, ciekawe są też same potrawy polskiego baroku. Poza zrozumiałą dziczyzną i licznymi kiełbasami i mięsiwami, przyrządzano także duże ptactwo, pawie, a nawet bociany. Jadalna była także wiewiórka.

Ogólnie przepadano więc za mięsem (aczkolwiek nie za schabowym – po pierwsze raczej stroniono od wieprzowiny, po drugie uważano, że bułka tarta, czyli „obsypywanie potraw tartym chlebem” psuje mięso: „żadnego smaku nie czyni, ale potrawę oczernia”). Bogactwo różnorodnych mięsiw podawano na półmiskach, które wnosić do sali jadalnej musiało często dwoje ludzi! Pojedynczy biesiadnik zjadał, na przykład, wielką michę tłustego rosołu, kaczkę i udziec dzika, a następnie, rzecz jasna, pozwalał sobie na deser.

W bogatszych domach deserami były torty, bardzo tłuste, przyrządzane z ogromną ilością masła. Były one natomiast – co wraca dziś do tradycji – ozdobne, przedstawiały rodzajowe sceny a nawet sceny bitewne. Ćwiartka tortu, przedstawiającego na przykład scenę polowania, pochłaniana była spokojnie przez jedną osobę…

W związku z pochłanianiem przez każdego z biesiadników ogromnej ilości jedzenia, na ucztę, zwłaszcza ucztę „pokazową”, weselną itp., należało się porządnie wykosztować. Stanisław Czerniecki, kuchmistrz, autor pierwszej polskiej książki kucharskiej, organizował – już w XVII wieku – ucztę weselną dla córki marszałka Jerzego Lubomirskiego. Na uczcie, według podań, zjedzono 60 wołów, 5 tys. kapłonów, 8 tys. kur, ponad 13 tys. ryb, 18 tys. jaj, a najlepszego węgierskiego wina poszło 270 beczek.

Samo jedzenie było często mniej ważne niż związana z biesiadami cała masa rytuałów. Szlachcie dysponowali swoimi „prywatnymi” łyżkami, często bogato zdobionymi, grawerowanymi, rzeźbionymi… Zdarzało się, ze wyryte na nich były całe sentencje, na przykład: „Miła wieść, gdy wołają jeść”.

Łyżki i ewentualnie noże (widelców nie używano do XVII wieku!) trzymane były często w cholewie buta tak, że dany osobnik rozstawał się z nimi jak tylko mógł najrzadziej.

Potrawy, których nie dało się jeść łyżką, jedzono rękami. Ręce wycierano o rękawy kontusza – swojego lub współbiesiadnika. Talerze, których w trakcie jednej uczty raczej nie wymieniano, także wycierano w rękawy, ewentualnie w obicia foteli.

Oczywiście, aby móc przejeść całe bogactwo tłustych potraw, polski pan musiał się też napić. Słynne pijaństwo, które często raziło obcokrajowców, nie było przesadzone. W zasadzie mówić można nawet o alkoholowym terrorze „Sarmatów”. Toast wznoszono co chwilę, z wielkich kielichów. Nie można było uchylić się od kolejki. Ten, kto nie wypił do dna raczony był dolewką, często krzyczano na niego i grożono mu. Nieszczęśnik musiał więc pić karniaki dopóty, dopóki nie znalazł się, nieprzytomny, pod stołem. Wtedy siłą rzeczy dawano mu spokój.

Zbigniew Kochowicz w „Obyczajach staropolskich” pisze: „ci, którzy trzymali się jeszcze na nogach, urządzali nieopisany harmider, w alkoholowym zamroczeniu tłukli szyby, szklanki, gasili świece, porywali się czasem do szabel i obuchów, płazowali służbę, wyrywali sobie włosy z czupryn”.

Przed tym, by nie objeść się na śmierć (lub nie zbankrutować) chroniły też posty. Były one traktowane z taką samą przesadą jak gościnność. Bowiem zakazane było spożywanie nie tylko mięs, ale i serów, jajek, mleka. Wielki Post, adwent, wigilie każdych świąt oraz dzień swojego patrona (imieniny!) były postne. Czasami żywiono się wtedy jedynie chlebem i wodą. Wacław Potocki poświęcił zagadnieniu nawet jedna ze swych fraszek:

„(…) szlachcic jeden stary,

Zostawszy katolikiem z luterańskiej wiary,

Żeni się na Mazowszu, kędy, jako słychać,

Wolą człowieka zabić, wolą z głodu zdychać

Niż post zgwałcić”

Duchowni przybywający z Zachodu podobno byli często pod wrażeniem surowości polskich postów. Zapewne jednak byli także pod wrażeniem niepostnych biesiad…

Co jest jednak najciekawsze w „obżarstwie szlacheckiej demokracji” to hierarchia obowiązująca przy stole. Łatwo się domyślić, że biesiady urządzała jedynie szlachta, podczas gdy chłopom zdarzało się głodować, a już bardzo często: nie dojadać. Jednak nawet wśród szlachty miał miejsce podział. Gospodarz decydował kto pierwszy zje – jedzono więc według urzędów, czy innego rodzaju dostojeństwa. Z tego powodu zdarzało się, że dla niższej szlachty jedzenia po prostu zabrakło i, mimo iż byli gośćmi, dostawali resztki albo puste półmiski

Ewa Frączek