O tym, jak Polacy robili Niemców w balona

Po wybuchu II wojny światowej walka z okupantem hitlerowskim przybierała różną formę. W obliczu nieporównywalnej przewagi militarnej i politycznej, obronna kampania wrześniowa upadła, a opór przeniósł się do podziemia. Poza partyzantką oraz poza tworzeniem struktur Państwa Podziemnego czy sabotażem gospodarczym, Polacy okazali się mistrzami w wojnie psychologicznej. Akcja oznaczona kryptonimem „N” przeszła do historii jako jedno z najbardziej pomysłowych przedsięwzięć z czasów wojny.

Plan, mówiąc skrótowo, był następujący: wprowadzić chaos. Za pomocą druków, ulotek, gazetek i innych środków przekazu, Niemców albo wprowadzano w błąd, albo zasiewano w ich umysłach ziarnko niepokoju. Zadanie „podłamania niemieckiego morale” powierzone zostało oddziałowi o nazwie Biuro Informacji i Propagandy. Jednostka ta była podległa Armii Krajowej, ale cieszyła się wyjątkową – jak na realia Polskiego Państwa Podziemnego – niezależnością. Samodzielnym Podwydziałem „N” kierował Tadeusz Żenczynkowski ps. „Kania”, choć pomysłodawcą zakrojonej na szeroką skalę walki psychologicznej był generał Stefan Rowecki.

Akcja początkowo rozwijała się głównie w Warszawie i na terenie Generalnej Guberni. Z czasem jednak uległa rozszerzeniu, obejmując swoim zasięgiem ziemie wcielone do Rzeszy oraz samą Rzeszę i część obszarów wschodnich. Do jej sprawnego przebiegu zorganizowano całą sieć kurierów, kolejarzy, pocztowców, drukarzy, czy tłumaczy. Dzięki nim wydano i rozprowadzono około miliona niemieckojęzycznych druków. Wszystkie związane z akcją ulotki, odezwy i czasopisma miały sprawić wrażenie, że są dziełem niemieckich grup antyhitlerowskiego oporu. I sprawiły – jakość ich była tak wysoka, że jeszcze po wojnie nierzadko brano je za „produkty” niemieckie.

Aby koszty rozprowadzenia ulotek nie były zbyt wysokie, posługiwano się niemiecką pocztą. Na dworcach, placach i w innych miejscach publicznych, stały skrzynki, do których Niemcy wrzucali ilustrowane magazyny, wędrujące do żołnierzy na froncie. Akowscy kolporterzy magazyny wyjmowali, wklejali do środka bibułę z Akcji „N” i wrzucali znowu je znów do skrzynek – tak też, na koszt Niemców, druki dostawały się do walczących hitlerowców. Ci dowiadywali się z nich głównie o fatalnej sytuacji na froncie, o sukcesach aliantów, o konfliktach u szczytu władzy, lub też o załamaniu się przemysłu zbrojeniowego Rzeszy. Co ciekawe, „enowskie” druki były tak popularne, że ich czarnorynkowa cena sięgała w Niemczech niebagatelną wówczas sumę 50 marek.

Prowadzący Akcję „N” wykazywali się przy tym zaskakującą pomysłowością. Polscy autorzy jednego z pseudoniemieckich czasopism (o nazwie „Der Soldat”) pozorowali, jakoby magazyn redagowany był przez marszałka Waltera den Reichenau, człowieka, który był zbrodniarzem hitlerowskim i z faktyczną opozycją bynajmniej nie miał do czynienia. Gdy umarł, w roku 1942, wydawanie gazetki przerwano, aby intryga była bardziej wiarygodna.

W imieniu niemieckich socjaldemokratów wydawano z kolei gazetkę „Der Hammer”, która z oburzeniem informowała obywateli Rzeszy o funkcjonariuszach służb bezpieczeństwa, którzy swoim zachowaniem na okupowanych terenach hańbią dobre imię narodu. Do informacji dostarczano autentyczne zdjęcia okrucieństw, jakich hitlerowcy dopuszczali się na ludności polskiej.

Duży sukces odniosły tzw. „akcje oficjalne”. W ich ramach drukarze i kolporterzy Akcji „N” rozpowszechniali rzekome odezwy czy rozkazy do niemieckich służb. Zdarzało się, że nadawano je na kradzionym „firmowym” papierze NSDAP. I tak żołnierze Wermachtu dowiedzieli się na przykład o „nowych zasadach urlopowych”. Urlop zaległy należał się temu, kto co najmniej od 6 miesięcy przebywał na froncie wschodnim, temu, kto od 12 miesięcy urlopu nie brał, lub też temu, kto przez 9 miesięcy walczył na pierwszej linii albo był ranny. Ferment zrobił się wówczas, gdy pokrzywdzeni w swoim mniemaniu żołnierze zaczęli się o obiecane im przez Polaków urlopy dopominać.

Jeszcze większy ferment jednak wzbudziła „oficjalna” instrukcja, docierająca do tych, którzy na front wschodni mieli dopiero iść. Druki opracowane przez zatrudnionych w Akcji „N” lekarzy radziły niemieckim żołnierzom, jak radzić sobie z odmrożeniami. Obok drastycznych zdjęć odmrożeń, zalecano też stosowanie konkretnych leków i maści. Te z kolei były labo fikcyjne, albo przynajmniej takie, których na terenie Rzeszy nie było. Przerażeni rekruci w obliczu podobnych „zaleceń” decydowali się nieraz na dezercję.

Innym razem poinformowano Niemców o dniu, w którym przydzielane zostaną im maski gazowe. Wobec niewystarczającej ilości masek względem zgłaszających się po setek chętnych wybuchła panika.

Z kolei jedną z najbardziej udanej akcji rozporządzającej, było nadanie komunikatu (oczywiście także „oficjalnego”) o konieczności przepuszczania samochodów oznaczonych zielonym paskiem na ukos. W istocie samochodami tymi konspiratorzy współpracujący z AK przewozili amunicję i żywność do odpowiednich polskich składnic. Niemieccy żołnierze zaś, znani ze swojej karności względem rozkazów, tylko przejeżdżającym Polakom salutowali.

Funkcjonariusze Akcji „N”, jako komórki będącej – mimo wszystko – częścią Związku Walki Zbrojnej, a później Komendy Głównej AK, dezorientowali przypadkowo także swoich własnych przełożonych. Wysłannicy ZWZ w Niemczech informowali nieraz Polskie Państwo Podziemne o rozwijającym się na ziemiach Rzeszy ruchu oporu. Dostarczali przy tym „niezbity dowód” tejże działalności, którym bywały właśnie druki Akcji „N”.

Ewa Frączek