Niepodległościowy bałagan

Od pewnego czasu Polacy świętują każdą rocznicę odzyskania niepodległości z charakterystyczną pompą. Przypomina się o stu dwudziestu trzech latach niewoli i o tym, jak Rzeczpospolita odrodziła się na nowo, niczym Feniks z popiołów. Historia naszego kraju w istocie jest dość niezwykła. Jednak z jednej, niebagatelnej rzeczy, wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy. W dniu 11 listopada Polska nie zaczęła istnieć „tak po prostu”. Przeciwnie, wokół panował niezwykły zamęt i wcale nie było pewne, czy kraj w ogóle przetrwa. 

Z jednej strony odzyskanie niepodległości w 1918 to z pewnością jedna z najszczęśliwszych i najważniejszych dat w historii kraju. Oto udało się to, co przez wielu uznane zostało już dawno za niemożliwe. Po serii nieudanych, krwawych powstań, szczęśliwy zbieg okoliczności – bardziej nawet niż pełna poświęceń walka żołnierzy –  przyczynił się do odrodzenia państwa. Z drugiej strony powiedzieć można, że prawdziwe problemy dopiero wtedy się zaczęły. Nieprzyzwyczajeni do rządzenia własnym krajem Polacy przez pierwszy okres po 1918 roku czuli się co najmniej zagubieni. Na dodatek, teoretycznie skończona już wojna u nas trwała jeszcze parę lat, przez co wielu obywateli cieszyło się niepodległością kilka miesięcy, a czasem nawet dni.

Norman Davies w książce „Boże Igrzysko” przytacza opinie międzynarodowe o powstałym nowo państwie. Nie tylko tradycyjnie wroga opinia radziecka dziwiła się powstaniu II Rzeczpospolitej (Mołotow nazywał ją „pokracznym bękartem traktatu wersalskiego” a Stalin mówił o niej jak o „przepraszam za wyrażenie, państwie”). Lloyd George, premier brytyjski nazywał Polskę „defektem historii”, a słynny ekonomista Keynes – „ekonomiczną niemożliwością”.

Pominąwszy błędne założenie Mołotowa (Polska nie została stworzona przez traktat wersalski – można powiedzieć, że stworzyła się sama, a traktat musiał potwierdzić fakty dokonane), to niezależnie od tego, jak niesprawiedliwe są powyższe sądy, nie brały się one znikąd. Z trzech zupełnie odrębnych od siebie kawałków próbowano sklecić jedno państwo. Poznaniacy nie różnili się od mieszkańców Małopolski tym, czym różnią się dziś. Mieszkańcy dawnego Królestwa Polskiego (zabór rosyjski) mieli zaś zupełnie inną mentalność. Przyzwyczajona do konspiracji Warszawa nie rozumiała praktycznego Krakowa, a uporządkowany na modłę niemiecką Poznań nie mógł znieść wschodniego bałaganu. Dawne zabory nie były także połączone między sobą żadną porządną infrastrukturą, a ich mieszkańcy mieli ponadto różne zwyczaje, różne dokonania ekonomiczne i różne prawa.

Najbardziej szalonym przedsięwzięciem było jednak wytyczanie granic. Nie wiadomo było, na podstawie czego właściwie kreślić linię na mapie. Na podstawie granic z 1772? Na podstawie granic etnicznych? Językowych? O to spierali się przede wszystkim Dmowski z Piłsudskim. Piłsudski miał wizję federacji – związku współpracujących ze sobą narodów (jak z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów) – oraz niepodległej Ukrainy, która jako naturalny bastion broniłaby Polskę przed bolszewikami. Dmowski chciał przyłączyć olbrzymie połacie ziemi na wschodzie i inkorporować je do Rzeczpospolitej, niezależnie od tego, iż w niektórych miejscach Polacy stanowili nawet 5 % ludności.

Bardziej brzemienne w skutki niż spory teoretyczne były krwawe walki o granice. To w nich ginęli ludzie, często młodzi, którzy nie zdążyli się upragnioną od pokoleń niepodległością nacieszyć.

Już 20 listopada 1918 Polacy wkroczyli do Lwowa. Walki z Ukraińcami, które wówczas nastąpiły, były równie okrutne co walki ze świeżo minionych dni wojny. To właśnie podczas nich oddało swe życie wielu młodych mieszkańców miasta, znanych w historii jako „Orlęta Lwowskie” – prawie jedna czwarta z nich nie przekraczała siedemnastego roku życia. Niedługo po wywalczeniu przynależności Lwowa do Polski, te same Orlęta broniły się przed bolszewikami.

Krwawe walki toczyły się też na zachodzie. Dla ślązaków na przykład wojna wcale się jeszcze nie skończyła. Trzy powstania śląskie, podczas których ludność polska usiłowała uwolnić się od dominacji niemieckiej, pochłonęły jeszcze wiele ofiar. Walczono (skutecznie) także o Wielkopolskę i (mniej skutecznie) o część Litwy. W międzyczasie Czechosłowacja zajęła Spisz, co również wywołało lokalne zamieszki.

Ogółem, w latach 1918-1920 toczyło się – jednocześnie – sześć wojen. W ich efekcie powstało państwo ogromne, jednak niejednolite etnicznie. Ziemie II Rzeczpospolitej zamieszkiwało jedynie 60% Polaków, przez co w późniejszych latach dwudziestolecia społeczeństwo, niedojrzałe jeszcze do współpracy niezależnej od etnicznych i religijnych animozji, wikłało się w liczne problemy.

Nie tylko walki o granice burzyły ład. W Rosji Sowieckiej trwała rewolucja, podobnie rewolucyjne nastroje miały miejsce w Niemczech. Polscy radykałowie i komuniści próbowali wykorzystać sytuację chaosu, aby nawoływać lud „na barykady”. Nowi gospodarze państwa polskiego musieli pilnować nie tylko kwestii militarnych, ale i spraw wewnętrznych. Ruch komunistyczny, destrukcyjny dla państwa dopiero co zaistniałego, musiał być zdławiony. Czasem brutalnie.

Oczywiście nie istniało wówczas jednolite prawo, do którego można byłoby się odwoływać. Część przeciwników Józefa Piłsudskiego oskarżała go na przykład o nielegalne i niczym nie uprawomocnione przejęcie władzy. O ile z teoretycznego punktu widzenia Dmowski i inni mieli rację, o tyle trudno sobie wyobrazić, aby w atmosferze niewyobrażalnego chaosu, najpierw wszyscy spotkali się ze wszystkimi i omówili szczegółowe zagadnienia państwowe. Konstytucja, jak wiadomo, nie może powstać w pięć minut. Nie wiadomo byłoby też, kto właściwie i na jakiej zasadzie miałby się spotykać. Funkcja Naczelnika Państwa została zatem powierzona temu, kto cieszył się wówczas  wśród społeczeństwa największym autorytetem. Z perspektywy lat wydaje się to najrozsądniejszym posunięciem, choć wówczas część polityków, zwłaszcza prawicowych, negowała taką formę rozpoczęcia działalności państwowej.

Z powyższych względów, do czasu stworzenia tzw. „małej konstytucji” wszystko działo się w pośpiechu. Pierwszy rząd istniał zaledwie kilka dni. Do tego wszystkiego dochodziły tradycyjne swary między polskimi politykami, wzajemne oskarżenia o polityczne błędy czy lekkomyślność.

Sentyment Polaków do dwudziestolecia międzywojennego i – przede wszystkim – do dnia 11 listopada, przetrwał do dziś. Wydaje się jednak, że bardzo często historyczna fascynacja wydarzeniami z roku 1918 nie idzie w parze z dogłębną wiedzą na temat wielu trudności, z jakimi młody kraj musiał się borykać.

Ewa Frączek