Mity o Polakach na przestrzeni wieków

Stereotypy umysłami zawsze rządziły, rządzą i – jak wielu z nas się obawia – rządzić będą. Z tą różnicą, że w dobie globalizacji, swobodnego przemieszczania się z miejsca i na miejsce i powszechnej (mimo wszystko) znajomości języków obcych, jesteśmy w stanie zasłyszane z dziada i pradziada uprzedzenia odpowiednio weryfikować. Nasi przodkowie nie mieli tego komfortu. Dlatego przez lata krążyły wśród wszystkich nacji różne historie na temat innych narodów. Na temat Polaków – również. I to od czasów wczesnego średniowiecza.

Oczywiście, badając różne epoki historyczne, natrafiamy na przeszkodę metodologiczną, którą można by opisać przysłowiem „im głębiej w las, tym więcej drzew”. Z początków państwa polskiego zachowało się bowiem niewiele podań. Słynny Gall Anonim opisywał je z perspektywy grubo ponad stuletniej, toteż – niestety – czerpać musimy także ze słynnej korniki Thietmara z Meresburga, żyjącego na przełomie X i XI wieku. Kronikarz niemiecki relacjonował zjazd gnieźnieński oraz wojny Bolesława Chrobrego z cesarzem Henrykiem II. Przy okazji pozawalał sobie od czasu do czasu wtrącić na temat Polaków jakąś „ciekawostkę”, która później krążyła po Europie.

Jako że Thietmarowi nie bardzo podobał się pomysł koronacji Bolesława, uznał za stosowne przypominać, iż poddani jego oraz sam władca nie dorośli do europejskiej kultury i obyczajów. Chrobry, wedle relacji, z Niemiec przywiózł sobie dziesięć sióstr „z których jedną, dawniej upatrzoną, ten stary wszetecznik (…) uprowadził bezwstydnie, zapominając o ślubnej małżonce”. Thietmar sugerował tym samym, że do „prawdziwej obyczajności” Polakom jeszcze daleko.

Co ciekawe, kronikarz akceptował wschodniego sąsiada dopóty, dopóki płacił trybut. Kiedy zaś Otto III na zjeździe gnieźnieńskim „uczynił trybutariusza panem”, pisarz oskarżać zaczął Polaków, że są zbyt mało karni. “Lud jego – pisał przy okazji charakterystyki Bolesława – wymaga pilnowania na podobieństwo bydła i bata na podobieństwo upartego osła; również nie da sobą rządzić w interesie władcy, jeżeli ten nie stosuje kar surowych”. Polacy „od początku” przechodzą więc do historii jako mało karni, negujący nie tylko przymus zewnętrzny, ale i własną władzę. Z jednej strony mamy powód do dumy: okazuje się, że rządzić nami z zewnątrz nigdy nie było łatwo… Z drugiej jest także w ocenie Thietmara coś smutnego, zapowiadającego, można powiedzieć, liczne rozboje, rokosze i późniejszy szlachecki chaos, kiedy to w istocie, nie umieliśmy działać razem z własną władzą, ale głównie przeciw niej…

Nie można oczywiście twierdzić, że Thietmar zrobił nam wyłącznie krecią robotę. To on, jako pierwszy – i ewidentnie zaskoczony – poinformował świat o polskiej gościnności. Dziwił się, z jakim przepychem powitał Chrobry Ottona.

Tym niemniej mit o Polakach jako dzikusach dominował bardzo długo. Co ciekawe, w przeciętnym reprezentancie naszego narodu widziano nie tylko dzikusa, ale i… poganina. Z wielu względów w Europie nie wierzono w szczery chrześcijanizm Polaków i niejednego zdziwiłby fakt, iż po latach w świadomości stereotyp zmienił się z Polaka-poganina na Polaka-katolika.

Dlaczego nam nie ufano? Przede wszystkim na skutek propagandy Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego, znanego nam raczej pod potoczną nazwą „Krzyżacy”. Krzyżacy chrystianizowali dzikie obszary północno-wschodniej Europy. Każdą walkę z Polakami przedstawiali jako wynik naszej wrogości w stosunku do papiestwa, Europy i chrześcijaństwa w ogóle. Szczególnie nie pomagało nam w zachowaniu wizerunku to, że król Władysław Jagiełło przybył z pogańskiej Litwy. Mało tego, „heretyccy Polacy” zdawali się także sprzyjać husytom, czyli czeskiej sekcie narodowo-religijnej. Jagiełło nigdy na przykład nie wziął udziału w oficjalnej krucjacie przeciw południowemu sąsiadowi. Tym samym w oczach Europy był heretykiem, poganinem i antychrześcijaninem w jednym.

W nowożytności, kiedy do Rzeczpospolitej zjeżdżało wielu Europejczyków, raziły ich, niestety, nasze kłótnie i niezdolność do kompromisu. Taką Polskę zapamiętał przede wszystkim Henryk Walezy. Czego by nie powiedzieć o dość nieudanym dla ojczyzny władcy „importowanym z Francji”, z pewnością należy też mu współczuć. Nie rozumiał gwałtownych wybuchów kłótni na polskich dworach, raził go sposób picia alkoholu i niezdolność Polaków do zapominania wzajemnych uraz. Taki obraz na długo zawiózł ze sobą do Francji – gdy już udało mu się znad Wisły uciec…

W XIX i XX wieku czarny pijar serwowali nam głównie Rosjanie. Polscy poddani cara niewiele mieli wspólnego z poddanymi i – w opinii sąsiadów – zamiast braterstwa czy wdzięczności głównie Rosjan atakowali. Dla Lwa Tołstoja Polak był zarozumiały, bezsensownie honorowy i hardy. „Chełpliwymi pijakami” nazywał ich Puszkin, a „hardymi szlachciurami” Gogol. Z perspektywy czasu powiedzieć można, że Rosjanie nie rozumieli wtedy, dlaczego Polacy nie biorą udziału w intensywnym rozwoju Rosji, jaki przypadł na wspomniane lata. Potem, tradycyjnie uznawali nas za niewdzięcznych – nie rozumiano, czym jest tragedia katyńska w obliczu milionowej Armii Czerwonej, która przecież „wyzwoliła” Europę Wschodnią od Hitlera…

Trudno jest usprawiedliwić negatywny obraz Polaka dominujący z kolei na Zachodzie, przed i po II wojnie światowej. Można jednak próbować zrozumieć, że dla Europy Zachodniej niezrozumiałe było, dlaczego walczymy z bolszewikami, ale nie współpracujemy przy tym z niedobitkami armii carskiej. Dlaczego walczymy, dzielnie i ofiarnie, z Hitlerem, ale nie chcemy pomocy potężnego Stalina. Tym samym powstał obraz Polaka jako kogoś, kto sam nie wie, czego chce, kto nie umie schować do kieszeni dumy nawet dla własnego interesu, i który w końcu jest bezmyślny. Dodatkowo propaganda niemiecka, ukazująca Polaków jako ułanów szarżujących na czołgi, nie sprawiała, że ktoś nas podziwiał – raczej pukał się w czoło. Dla naszego narodu, co zrozumiałe nawet po kilkudziesięciu latach, obraz ten był uproszczony, nieprzemyślany i krzywdzący.

Podsumowując, Polaków odbiera się różnie. Na ogół w każdym stereotypie istnieje coś, co można byłoby nazwać „historycznym prawem silniejszego”. Polega ono na tym, że słabszego odbiera się jako głupszego i podnoszącego niezrozumiały raban, silniejszego – jako bezdusznego zdrajcę. I tak Anglicy i Francuzi przez cały XX wiek byli dla nas zdrajcami, my dla nich – histerykami. Z kolei dla Litwinów i Ukraińców zdrajcami są Polacy. A my, jak niegdyś Rosjanie, bardzo często, szczególnie po „prawicowej stronie barykady”, nie rozumieliśmy, dlaczego Ukraińcom i Litwinom tak bardzo zależy na zdystansowaniu się od Polski i budowaniu własnej niezależności.

Bardziej skomplikowane – i niestety niepozbawione naszej winy – jest odbieranie nas przez Czechów. Ci uważają przede wszystkim Polaka za dwulicowca. Z jednej strony nie mogą pogodzić się z zachowaniem Rzeczpospolitej w latach międzywojennych, kiedy to właśnie na skutek działań naszych odebrane zostało im siłą Zaolzie. Z drugiej nie rozumieją, dlaczego tak antyradzieccy Polacy pomagali Armii Czerwonej w tłamszeniu Praskiej Wiosny.

Na szczęście jednak zostali nam, jak zawsze, Węgrzy. Ci nie tylko uważają nas za bohaterów, ale i za bohaterów bezinteresownych: Polska walcząc w węgierskiej Wiośnie Ludów (1848) nie miała w tym bezpośredniego interesu. Dodatkowo, podobno, węgierska melancholia powoduje, iż wobec Polaków mają oni pewien kompleks niższości: patrioci węgierscy stawiają nas za wzór bohaterstwa i niezależności, której im, według samych zainteresowanych, niejednokrotnie zabrakło.

Dzisiaj naszym głównym problemem jest to, że zbytnio zastanawiamy się nad tym, co myślą o nas inni – i to właśnie jest ponoć bardzo dla Polaków charakterystyczne! Co więcej, często sami budujemy własne stereotypy. Mówiąc prościej: to my myślimy, że myślą o nas jak o antysemitach, malkontentach i cierpiętnikach. I o ile z antysemityzmem rzecz jest bardziej skomplikowana (i nie podobna rozwiązać jej tutaj), to za cierpiętników uważa się na świecie raczej naród żydowski, za narzekających i wiecznie niezadowolonych malkontentów – Francuzów. Którzy jednak, podobno, cieszą się, będąc w Polsce, że ktoś marudzi prawie tak, jak oni..

Tymczasem faktyczne stereotypy o Polsce wcale nie są takie złe. Najczęściej, poza pijaństwem, pojawia się mowa o nadopiekuńczości polskich rodziców i babć, o rodzinności i gościnności, o… płatnych toaletach oraz – co dziwi szczególnie Amerykanów – o jedzeniu pizzy z keczupem.

Ewa Frączek