Kościół a medycyna

„Jeśli chodzi, panowie, o medycynę na wsi, widzimy ranę bardziej otwartą i boleśniejszą: kler. Prawie wszędzie na naszej wsi kapłani wkraczają w dziedzinę zastrzeżoną dla lekarza i są dla niego najgroźniejszą konkurencją”. Tak na kongresie medycznym w Paryżu, w 1845 przemawiał Joseph-Francois Malgaigne, francuski chirurg, profesor i… uczestnik powstania listopadowego. Przemowa jego miała zwracać uwagę na to, że jeszcze w XIX wieku Kościół hamował rozwój medycyny, przyglądając się niechętnie przede wszystkim nowościom.

W wiekach wcześniejszych hamowanie rozwoju medycyny ze względów religijnych było powszechne. Znany jest obraz Rembrandta „Lekcja anatomii doktora Tulpa”, na którym to obrazie uczestnicy sekcji zwłok pracują nielegalnie, stłoczeni w ciemnym pomieszczeniu. O ile jednak zakazy kościelne z wieków średnich bądź z początków nowożytności budzić mogą uśmiech, o tyle dziś nadal stanowią głos w zażartej, publicznej dyskusji na temat in vitro czy transplantologii.

Pierwotne chrześcijaństwo często nie akceptowało innych metod walki o życie i zdrowie niż metody biblijne. Dokonania starożytnych medyków, Hipokratesa czy Galena stopniowo zastępowane były metodami religijnymi, modlitwą, egzorcyzmami. Euzebiusz z Cezarei kpił z medyków, że „modlą się do Galena”, zaś niejaki Arnobiusz Starszy pisał o nich: „kreatury z tego świata nie odwołujące się do prawdziwej nauki”.

Prawdziwą nauka miała być Biblia – w końcu Jezus wyganiał demony z „opętanych”, czyli innymi słowy: „chorych”. W Ewangelii Marka czytamy o chłopcu chorym na epilepsję, o którym Chrystus mówi: „Ten rodzaj żadnym sposobem wynieść nie może, jedno za modlitwą i postem” (Mk 9, 13n). Wielu kapłanów potraktowało biblijną symbolikę zbyt poważnie, co zaowocowało zastojem w medycynie.

W 1139 zakazano klerykom zajmowania się chirurgią, później zakazano im studiowania medycyny. Sekcję zwłok ogłoszono „bezbożną” i zakazano jej w 1299.  Nawiasem mówiąc, w czasie największego „europejskiego zastoju”, medycyna i nauka o higienie wspaniale kwitła w państwach arabskich: w VIII wieku w Bagdadzie były już tam nawet specjalistyczne apteki publiczne.

Ze swoją praktyką lekarską pożegnać musiał się Wiliam Harvey, odkrywca epokowej teorii krążenia krwi. Kościół nie potępił teorii oficjalnie, lecz uznał, że krążenie krwi jest jednym z tych problemów ukrytych pod powierzchnią skóry, co do których Bóg nie chciał, by były widoczne. Z kolei we Francji, w 1775 księża bretońscy zakazali szczepień przeciwko ospie.

Jedną z ciekawszych historii z cyklu „kościelne zakazy a medycyna” jest historia Jamesa Simpsona, który w XIX wieku wynalazł środek usypiający, uśmierzający ból – chloroform. Kiedy Simpson zalecał stosowanie chloroformu podczas porodu, przypomniano mu, że w ustępie Księgi Rodzaju Bóg mówi: „Pomnożę nędze twoje (…) z boleścią rodzić będziesz” (Gen. 3, 16). Simpson znalazł kontrargument, umożliwiający ulgę w cierpieniu przynajmniej mężczyznom, kiedy na zarzut odparł, że Bóg uśpił Adama, chcąc wyjąć mu żebro.

W czasach współczesnych zakazy hamujące rozwój medycyny nadal istnieją. W latach 50. Pius XII przestrzegał przed transplantacją, przypominając, że człowiek nie jest „panem swego ciała” i nie ma prawa „narażać swej integralności fizycznej i psychicznej w imię medycznych poszukiwań”.

Opinia kościelna przyczyniła się do początkowo niechętnej wobec transplantologii opinii publicznej. Kiedy kardiochirurg z RPA dr Christiaan Barnard dokonał w 1967 roku pierwszego udanego przeszczepu serca, a pacjent zmarł po 18 dniach, porównany został nawet do… nazistowskich zbrodniarzy wojennych.

Także polscy chirurdzy, którzy w 1966 roku dokonali przeszczepu nerki, ochrzczeni zostali przez niektórych „brygadą sępów”. Dopiero po kilkudziesięciu latach sytuacja uległa zmianie. Wpływ mógł mieć na to Jan Paweł II, który w sierpniu 2000 r. przybył na obrady Światowego Towarzystwa Transplantacyjnego, by wesprzeć lekarzy transplantologów.

Dziś największym konfliktem na linii Kościół-medycyna jest problem sztucznego zapłodnienia, aborcji i antykoncepcji.

Trzy wymienione kwestie są zupełnie od siebie odrębne, jednak zdarza się, że „antykoncepcja” lub „in vitro” nazywana jest błędnie „aborcją. Za pomieszanie pojęć w dużej mierze odpowiada także Kościół.

Można przypuszczać, że Kościół zmieni nastawienie jeszcze do wielu kwestii. Także aborcja bowiem, w której stanowisko katolicyzmu wydaje się być niezłomne, nie zawsze była dla teologów kwestią oczywistą. Święty Augustyn uważał, że dusza pojawia się w ciele 40 dni po zapłodnieniu. Sobór Nicejski w 787 r. stwierdził, że u mężczyzn dzieje się to 40 dni po zapłodnieniu, a u kobiet po 80 dniach. Przez całe wieki Kościół dopuszczał aborcje przed tym terminem, na skutek „pozwolenia” Świętego Tomasza z Akwinu, który twierdził, że „aborcja nie jest grzechem dopóki płód nie został obdarzony duszą”. Dopiero w 1869 r. papież Pius IX w Konstytucji Apostolicae Sedis zabronił aborcji w każdym okresie ciąży, a więc od „chwili zapłodnienia”. Zakaz utrzymany jest do dziś.

Krytycy zwracają uwagę jednak na to, że nie istnieje jeden konkretny moment zapłodnienia: plemnik przywiera do komórki jajowej, jej błona się rozpuszcza, plemnik traci witkę, wnika do wnętrza, gdzie następują kolejne po sobie zmiany formujące zarodek. Nie da się zatem wskazać „momentu poczęcia”.

Równie mocno występuje Kościół przeciw in vitro, nazywając tę metodę „rodzajem wyrafinowanej aborcji”. Przypuszczać można jednak, że zakaz, tak jak zakaz szczepień lub inne anty-medyczne zakazy, jest doraźny. Medycyna idzie naprzód niezależnie od sporów teologicznych, choć faktycznie spory te często mogą wpływać na podejmowane przez ludzi decyzje.

Ewa Frączek