Kaci z AK – patrioci czy mordercy?

Na wojnie, jak wiadomo, działają inne mechanizmy niż w czasie pokoju. Aby nie dać się zabić trzeba uciec, albo zabijać samemu. Kiedy zaś wokół walczą prawie wszyscy, trudno zdecydować się na pierwsze rozwiązanie.

Gorzej jednak, gdy wroga nie zabija się jako jednego z wielu, na polu walki, lecz na zimno, patrząc mu w oczy i orientując się, że jest to również człowiek… 

(fot. wikipedia/bundesarchive/J.hahle (cc-by-sa))

Armia Krajowa, zakonspirowana siła zbrojna polskiego podziemia z czasów II wojny światowej jest dla nas, Polaków jednostką niemalże legendarną. Nic dziwnego – najlepiej zorganizowana podziemna armia w Europie, zanim jeszcze wybuchło powstanie, prowadziła tak zwaną „walkę bieżącą”, na którą składały się między innymi sabotaż, dywersja, wywiad, propaganda…

Armia Krajowa miała także swój własny wymiar sprawiedliwości. Był on niezbędny po pierwsze do tego, by utrzymać morale ludności, po drugie – by na bieżąco przypominać wrogowi, że nie może czuć się jako okupant bezpiecznie. Z perspektywy czasu wydaje się nam oczywiste, że nie tylko okupantów, ale i kolaborantów czy zdrajców należało karać, i to karać w możliwie najbardziej surowy sposób.

„Karanie” nie było jednak rzeczą łatwą. Ktoś musiał wydawać wyroki, ktoś inny je wykonywać. Ktoś musiał być katem i zabić z zimną krwią. Nie zawsze mając pewność, że zabija właściwego człowieka…

Polscy „kaci”, ci właśnie, którzy w imię „walki bieżącej” musieli być egzekutorami, z konieczności wyzbywali się wyrzutów sumienia i skrupułów. Nie mogli też zbytnio zastanawiać się nad swoją misją. Musieli odnaleźć tych, na których sądy poziemne wydały wyroki. Nie pytali „za co go zabić?”, tylko „kogo zabić?”.

W ten sposób, w ciągu zaledwie trzech miesięcy, między listopadem 1942 a styczniem 1943, wyroków wydano ponad 53.

Role były podzielone – jedni skazywali, inni odnajdywali skazanego, jeszcze inni go zabijali. Jedna z „wskazujących”, pani Danuta H., wspominała po latach: „Bardzo czułam ciężar odpowiedzialności, bo to ja wskazywałam cele. Bałam się pomyłki. Strasznie przeżywałam, kiedy chłopcy przy mnie kogoś zastrzelili. Kiedy pierwszy raz byłam przy tym wykonaniu wyroku, to skazany krzyknął »Pomyłka! Pomyłka!«. Byłam tym strasznie wstrząśnięta. Potem zapytałam dowódcy, czy faktycznie wszystko było w porządku. On zapewnił, że nie mogło być pomyłki” (wg „Focus Historia”).

Oczywiście „egzekutorom” łatwiej było w pełni zawierzyć dowódcy, zrzucić z siebie przynajmniej część ciężaru odpowiedzialności za to, że – jakby na to nie patrzeć – dokonuje się morderstwa. Gorzej, jeżeli pojawiały się wątpliwości. Wówczas okazywało się, że strzelanie do wroga na odległość, bez konieczności oglądania jego twarzy jest o wiele prostsze niż poinformowanie go, przed pociągnięciem spustu, za co zostanie za chwilę stracony.

Ze wspomnień wojennych widać, że układa się to według pewnej reguły: im bliżej znajduje się ofiara, tym trudniej odebrać jej życie. Gdy jeszcze nastąpi wymiana zdań, okazuje się to jeszcze trudniejsze.

Egzekutorzy z AK wspominają najczęściej, że „majaki” pojawiły się dopiero po wojnie. Najczęściej były to sny o egzekucjach, czasem – o egzekucjach „odwetowych”, podczas których w roli ofiary występował niegdysiejszy „kat”, a w roli kata: ofiara. Ofiara, która, być może, została zmuszona do bycia najeźdźcą.

Z dzisiejszej perspektywy trudno tak delikatną sprawę w ogóle oceniać. Można jedynie cieszyć się, że nasze czasy nie postawiły przed młodymi ludźmi tak niewyobrażalnie obciążającej misji jak bycie egzekutorem.

Ewa Frączek
w pierwotnej formie tekst ukazał się na stronie Odkrywcy.pl w dniu 2011-04-08