Ilu polskich królów było Polakami?

W 1795 roku, po trzecim rozbiorze Polski, przechowywane na Wawelu polskie insygnia koronacyjne zostały wywiezione do Prus. Tam, w roku 1809, na rozkaz Fryderyka Wilhelma III Pruskiego rozbito je i przetopiono. Symbol monarszy polskich królów zginął bezpowrotnie. Pozostało pytanie, czy chcąc zlikwidować wspomnienie o monarchii, Fryderyk likwidował faktycznie coś rdzennie polskiego. Bo przecież wśród polskich królów Polaków było naprawdę niewielu… 

Francuz. Książę z Siedmiogordu. Trzech Szwedów. Dwóch władców rodem z Saksonii. W sumie aż siedmiu obcokrajowców na jedenastu królów elekcyjnych! Różnorodność nacji też przy okazji zadziwia. Ostatecznie, dlaczego obieraliśmy królem akurat Francuza, który nie miał z polską polityką nic wspólnego? Dlaczego Szweda, reprezentanta kraju, z którym w czasach wolnych elekcji głównie spieraliśmy się o Bałtyk? Odpowiedź na to pytanie jest złożona. Jedną z przyczyn, dla których szlachta szukała monarchy po obcych dworach, była wiara w równość „sarmackiego stanu”. Nikt, spośród równych, nie powinien był, zdaniem niektórych, sięgać po koronę. Zasada ta dominowała jednak tylko na początku epoki wolnych elekcji. Później, na skutek zawodu doświadczonego ze strony niektórych „obcych”, szukano władcy rodzimego. Co także nie zawsze okazywało się pomysłem trafionym…

Pierwszym królem elekcyjnym był Walezy. Francuz, który nie chciał poślubić Anny Jagiellonki, brzydził się polskim awanturnictwem, a przede wszystkim zainteresowany był głównie koroną francuską. Gdy tylko w dalekim Paryżu umarł jego brat, Henryk z Rzeczpospolitej uciekł, goniony, nawiasem mówiąc, przez swoich polskich poddanych. Jego następca, Batory, Annę Jagiellonkę poślubił już bez marudzenia. Następnie wsławił się walkami z Moskwą, zwłaszcza bitwą pod Pskowem, odzyskał też dla Polski Inflanty. Umarł jednak pogrążony w depresji, obrażony na polską szlachtę, z uczuciem niedocenienia. I choć z perspektywy czasu jest jednym z wartościowszych polskich królów, to nie wydaje się jednak, by czas jego panowania dla wszystkich był najszczęśliwszy.

Na pewno najszczęśliwszy nie był także „okres szwedzki”. Ani dla szlachty, ani dla monarchy. Zygmunt III Waza traktowany bywał przez nowych poddanych w sposób zupełnie pozbawiony majestatu. Magnat Zamoyski nazywał go „naszym niemym diablęciem importowanym ze Szwecji”, nikt nie starał się mówić przy królu w języku, który znałby odpowiednio dobrze, by czuć się pewnie w państwowej bądź co bądź konwersacji… Nikomu także nie zależało na innowacjach, które król starał się od czasu do czasu wprowadzić. Inną sprawą jest jednak to, że i Zygmunt wspaniałym monarchą nie był. Długie dziesięciolecia dążył do uzyskania korony szwedzkiej. Koronę polską zaś chciał nawet odsprzedać – austriackiemu Ernstowi z Habsburgów. To, co spotkało się jednak z największym oporem wielowyznaniowej szlachty to próby Zygmunta do przeforsowania jak najszerszych przywilejów dla katolicyzmu i ograniczenia „złotej wolności”, w tym także wolności sumienia.

Syn Zygmunta, Władysław, zdawał się już być przywiązany do Polski. Panował jednak, na skutek choroby i śmierci, względnie krótko. Dodatkowo za jego królowania miało miejsce jedno z tragiczniejszych, jeśli o konsekwencje chodzi, wydarzeń z historii Polski – powstanie Chmielnickiego. Władysław nie miał za bardzo jak wsławić się jako władca. Jego brat zaś, Jan Kazimierz, zrezygnował wprawdzie z wpojonej mu przez ojca pretensji do korony szwedzkiej, jednak znany pozostał z tego, że podczas słynnego „potopu”, schronił się bezpiecznie na należącym do Habsburgów Śląsku. W końcu zresztą abdykował.

Epoka Sasów, królów z Saksonii, która nastała niedługo później, jest już historią zupełnie smutną – wtedy to, pod koniec XVIII wieku, Polsce i tak narzucały monarchów państwa ościenne. Wspomnienie silnych, mądrych Jagiellonów było już zupełnie pradziejami…

Jeśli zaś o wspominanych z dumą Jagiellonów chodzi, pamiętać należy, że choć epoka ich, bezpośrednio poprzedzająca epokę królów elekcyjnych, była czasami polskiej świetności, to jednak trudno mówić, by dynastia ta była polska. Wszyscy zapamiętali przecież rodowód jej pierwszego króla, przybyłego z Litwy „niedźwiedzia-poganina” Władysława Jagiełły. Jagiełło, władca wspaniały, nie umiał nawet za bardzo mówić w naszym języku. Jego żona zaś, czyli nasza „polska Jadwiga”, była przecież… Węgierką, córką Ludwika Węgierskiego. I choć ostatni Jagiellonowie, Zygmunt Stary (wnuk Jagiełły) i Zygmunt August (prawnuk) czuli się już pewnie Polakami, to jednak „sarmacka szlachta” nigdy pewnie nie zapomniała ich północnego pochodzenia.

Ktoś powiedzieć może, że przed Jagiełłą, w Polsce rządzili stuprocentowi Polacy. Z tym jednak nie bardzo da się zgodzić. Pominąwszy wspomnianego Ludwika Węgierskiego z Andegawenów, zapomina się często o tym, że Piastowie zamieniali się miejscem na tronie z… czeskimi Przemyślidami. Spośród tzw. „pierwszych Piastów” koronę nosił wyłącznie Bolesław Chrobry, Mieszko II, Bolesław Śmiały i Przemysł II. Po Przemyśle koronował się na króla Polski, w roku 1300, czeski Wacław II. Piastowie odzyskali koronę dopiero w 1320 roku – a zanim linia wygasła, zdążyło nałożyć ją jedynie dwóch reprezentantów dynastii, Łokietek i Kazimierz zwany Wielkim.

Nie będzie miał racji, niestety, także i ten, kto pocieszy się tym, że Polakiem był ostatni król. Tytularnym monarchą był bowiem, bo Stanisławie Auguście Poniatowskim, car Rosji….

Oczywiście całe „wypominanie obcej krwi” należy potraktować z przymrużeniem oka. Ostatecznie wszystkie prawie dynastie europejskie krzyżowały się i dokonywały różnego rodzaju mariaży. Polscy królowie od czasu do czasu dysponowali także insygniami czeskimi czy węgierskimi. Można wysnuć zatem wniosek, że Europa, a przynajmniej królewska krew Europy, zawsze była wielonarodowa. Z tego z kolei wynika, że bez sensu zachowywać animozje, skoro nie wiadomo, ile i jakich nacji znajduje się w naszych własnych genach…

Ewa Frączek