Czy Polacy byli gotowi na wojnę?

Czy Polacy byli gotowi na wojnę?

Ściśle tajny rozkaz napaści na Polskę został przez Hitlera podpisany 31 sierpnia 1939 po południu. Bez wypowiedzenia wojny, 1 września o godzinie 4:45, prawie dwa miliony żołnierzy niemieckich, dysponujących czołgami i wspomaganych przez lotnictwo, przekroczyło granicę Polski. Tak rozpoczęła się druga wojna światowa – wojna, która w sposób nieodwracalny zmieniła Europę, i która zaliczana jest do najokrutniejszych wydarzeń historycznych całej ludzkiej cywilizacji.

Polska znalazła się wówczas w wyjątkowej sytuacji. W toku wrześniowych wydarzeń na międzynarodowej arenie politycznej coraz więcej państw wypowiadało wojnę Niemcom, coraz więcej podpisywało z nimi kapitulację. Można jednak postawić tezę, iż w przeciwieństwie do Polaków, mieszkańcy innych krajów europejskich byli już przygotowani na najgorsze. Nasz kraj natomiast, jako ten, który stał się kozłem ofiarnym politycznych planów Hitlera, musiał zmierzyć się nie tylko z brutalną napaścią, ale i z koniecznością natychmiastowego zareagowania na to, czego nikt do końca się nie spodziewał.

Źródło: www.konflikty.pl

Czy jednak faktycznie wybuch drugiej wojny światowej był tak niespodziewany, jak sugerują niektóre podręczniki, niektóre filmy czy część literatury? Czy poza wojskowymi ludność cywilna wierzyła, że stanie się ofiarą nazistowskiej napaści? Czy sami wojskowi naprawdę podejrzewali kiedy, w jaki sposób i czy w ogóle światowy konflikt faktycznie się rozpocznie? Kto brał słowa Hitlera na poważnie, kto zaś uważał go za zwykłego krzykacza?

Są to na pewno trudne pytania. Trzecia Rzesza zbroiła się już od dojścia NSDAP do władzy. Wieść o prześladowaniach ludności żydowskiej w państwie niemieckim musiała docierać do społeczeństw europejskich i uświadamiać im, że sąsiadują z niebezpiecznym, bezwzględnym systemem myślenia i działania. W polityce zagranicznej Hitler także pozwalał sobie na wiele, jeszcze przed rozpoczęciem wojny. Tak zwana „taktyka salami”, jak określają niektórzy sposób jego rozmów z europejskimi dyplomatami, musiała budzić czujność u błyskotliwszych polityków. Ostatecznie Hitler połykał „plasterek po plasterku” kolejne terytoria, łamał kolejne zobowiązania i czekał na reakcję Paryża czy Londynu, badając ich gotowość do przeciwstawnia się jego militarnym zamiarom.

O ile więc władcy Francji czy Wielkiej Brytanii mogli nie spodziewać się, że ich niemiecki konkurent zdobędzie się na gwałtowny gest przywłaszczenia sobie „całego salami naraz”, o tyle Hitler mógł być pewny, że w chwili jego napaści na wschodniego sąsiada premierzy Chamberlain i Daladier będą raczej zaskoczeni, niż zwarci o gotowi do udzielenia Polsce natychmiastowej pomocy.

Społeczeństwo angielskie oraz – szczególnie – francuskie nie tylko nie było, ale w dużej mierze nie chciało być przygotowane do wojny. Zbyt wiele kosztowała ich pierwsza wojna światowa, by mieć jakikolwiek  cel w tym, by ponownie udawać się na front.

Inaczej rzecz miała się z Polską. Nastroje w państwie, które tak krotko mogło cieszyć się niepodległością i bezpieczeństwem, nie były pacyfistyczne. Wydaje się, że Polacy oceniali sytuację trafniej i bardziej trzeźwo niż mieszkańcy państw zachodnich.

Marszałek Polski (i naczelny inspektor sił zbrojnych w jednym), Edward Rydz-Śmigły, w obliczu natarczywości niemieckich nawoływań do „odzyskania Gdańska” miał się jednak na baczności. Mając dodatkowo świadomość, że Hitler nie zrezygnuje z polskiego portu tak, jak nie zrezygnował z Kłajpedy czy Sudetów, zarządził dyskretną mobilizację i rozpoczął koncentrowanie wojsk w okolicach Gdańska. Podejrzliwie traktował również „kurtuazyjną” wizytę niemieckiego okrętu szkoleniowego „Schleswig-Holstein”.

Z kolei Józef Beck, minister spraw zagranicznych, zdawał się zupełnie nie mieć złudzeń. Niesłusznie oskarżany przez Zachód o „igranie z Niemcami”, był po prostu nieustępliwy. Myślał o jak najpełniejszej ochronie narodowego interesu, nie zaś o udobruchaniu Hitlera. Dlatego już w roku 1934 rozważał tak zwaną „wojnę prewencyjną”, która jednak do skutku nie doszła z uwagi na brak zrozumienia i wsparcia ze strony Londynu czy Paryża.

Rządzący byli więc – teoretycznie – przygotowani na niebezpieczeństwo. A raczej świadomi tego, że napaść faktycznie może prędzej czy później nastąpić. Jednakże, psychiczne przygotowanie było niczym w porównaniu z przykrą świadomością, że w dziedzinie obrony powietrznej, marynarki wojennej i sił pancernych Polska po prostu nie da sobie rady bez sojusznika. Konne legiony z czasów odzyskiwania niepodległości były już niemalże prehistorią. Podsumowując, mężowie stanu zdawali sobie sprawę z groźby sytuacji. Czy wiedzieli jak zmasowany i brutalny będzie atak – tego nie widomo. Ostatecznie w historii nikt wcześniej nie zafundował swej ofierze forsowanego przez nazistów systemu „wojny błyskawicznej”.

A ludność cywilna? Czy bojownicze nastroje i anty-pacyfistyczne hasła można nazwać „gotowością”? Z jednej strony w sierpniu 1939 roku rozpoczęła się masowa akcja kopania rowów przeciwlotniczych przez mieszkańców miast. Pracowano w dzień i w nocy. Nierzadko oddawano oszczędności i rodzinne skarby na Fundusz Obronny. Urządzano szkolenia prawidłowego zakładania masek przeciwgazowych, uczono, jak chronić się przed nalotem…

Z drugiej strony świadkowie opowiadają w swych wspomnieniach, że rowy kopano, żartując na temat hitlerowskiego wąsika i odgrażając się nieobecnemu jeszcze wrogowi. Kiedy zaś wojna wybuchła naprawdę, powszechne stało się mniemanie, że potrwa zaledwie kilka tygodni. Najbardziej wymowny jest jednak fragment wspomnień spisany przez Władysława Szpilmana w Śmierci miasta: „Pośród ludzi – pisał – nie znać było popłochu. Nastrój wahał się między zaciekawieniem przed tym, co nastąpi, a zdziwieniem, że tak właśnie się zaczęło”.

Postawa taka nie powinna dziwić, gdyż – szczerze – spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy coś takiego jak „gotowość do wojny” jest w ogóle możliwa..?

Ewa Frączek
w pierwotnej formie tekst ukazał się na stronie Odkrywcy.pl w dniu 2010-08-31