Churchill był beksą

W latach międzywojennych angielscy politycy uginali się na ogół przed żądaniami Adolfa Hitlera. Nie mogli także sprecyzować jasno swego stanowiska co do komunizmu. Najtwardszym i najbardziej zdecydowanym spośród nich okazał się Winston Churchill, „brytyjski lew”, ten, który swój kraj trzymał mocną ręką i który przeszedł do historii jako jedna z wybitniejszych postaci z dziejów europejskich.

Ten sam Winston Churchill posiadał także cechę dość niezwykłą, jak na polityka i żołnierza. Był on mianowicie niezwykle… płaczliwym mężczyzną. Od łez nie potrafił powstrzymać się nie tylko w życiu prywatnym, ale i publicznym.

Z biograficznej książki „Churchill`s Bodyguard”, która wkrótce ukaże się w Polsce, wynika, iż premier Wielkiej Brytanii zalewał się łzami w każdych właściwie okolicznościach. Płakał zarówno wtedy, gdy dowiedział się o śmierci prezydenta USA Franklina Roosvelta, jak i wtedy, gdy dowiadywał się o katastrofach, w których ginęli ludzie. Zareagował tak również na decyzję o kapitulacji Francji podczas II wojny światowej, a także wtedy, gdy oglądał zrujnowane walkami miasta.

Jego wrażliwość w wyżej wymienionych sytuacjach mogłaby być zrozumiała. Z nieco większym trudem przychodzi zrozumienie płaczu Churchilla podczas wielu wystąpień – tutaj można jednak, na upartego, wyobrazić sobie, że podczas publicznych przemówień trudno nieraz utrzymać na wodzy emocje, głos może drżeć, a oczy mogą napełniać się łzami.

Źródło: www.winstonchurchill.org

Podobnie, można uwierzyć w to, że wzruszająca była dlań informacja o nominacji na premiera (wzruszyła oczywiście do łez).

Trudniej jednak pojąć, dlaczego płacz wywołała w nim wiadomość o, na przykład, czarnym czwartku na Wall Street. Jak za wspomnianą biografią przytacza Kamil Janicki: „przywódca Imperium Brytyjskiego rozpłakał się nawet na oczach brytyjskich żołnierzy, wsiadających w przededniu lądowania w Normandii na pokład okrętów i jednostek desantowych”.

Trudno powiedzieć, dlaczego tak dziwna cecha charakteru „przypadła w udziale” akurat jednemu z największych polityków wszechczasów. Churchill z pewnością nie był miękkim mężczyzną. Jego doświadczenia wojenne nie zaczynały się i nie kończyły na salonach. Doświadczenie miał zarówno jako korespondent wojenny (a więc jako ktoś, komu niewygody, krew, błoto i wszelkie niebezpieczeństwa raczej nie są obce), jak i na froncie – w roku 1915 udał się na front francuski w charakterze ochotnika, i to zwykłego szeregowego. Kiedy z kolei został Churchill premierem, prowadził zdecydowaną politykę wewnętrzną i międzynarodową. Zdecydowany na prowadzenie wojny z Niemcami do końca, usunął ze swego gabinetu zwolenników pokoju z Hitlerem. Po II wojnie zaś, mimo dotychczasowej współpracy ze Stalinem, rozpoczął walkę propagandową z komunizmem, wspierając zachodnią część Niemiec.

Niektórzy zainteresowani uważają, że płaczliwość Churchilla była częścią wyrafinowanej gry. Podejrzewać mogą go o to głównie Polacy, skoro „ze łzami w oczach” przekonywał on generała Sikorskiego, przed słynną bitwą o Anglię, że „jesteśmy razem na śmierć i życie” po to, aby po wojnie zignorować w sumie zbyt ciążącą w polityce międzynarodowej „sprawę polską”.

Z pewnością Churchill prowadził ostrą politykę, położenie Polski było mu nie na rękę w przeprowadzeniu własnych zamierzeń. Po wojnie Anglia nie miała zresztą dość siły, by angażować się w konflikt z terroryzującym Polskę Stalinem. Na pocieszenie powiedzieć można, że Churchill, wspominając Jałtę, często płakał z tego powodu, że postanowienia tam zawarte okazały się mieć dalekosiężne, negatywne skutki.

Inni jednak, chyba słusznie, wkładają jego skłonność do łez do „jednego worka” z innymi pokrewnymi cechami Churchilla, takimi jak łatwe wpadanie w złość, podnoszenie głosu. Krzyk mieszał się więc u premiera imperium z płaczem i innymi sposobami wyrażania emocji. Nie bez wpływu pozostaje także to, że Churchill cierpiał na depresję. Skłonność do płaczu mogła być – i pewnie była – w jakiejś mierze z chorobą tą związana. Brytyjskiego polityka nie należy więc oceniać zbyt pochopnie.

Ewa Frączek